Pozwolę sobie dodać krótki komentarz do poniższego artykułu. Nie chciałem publikować go na blogu, ale nie mam czasu, żeby rozsyłać prośby po redakcjach. Napisałem go jakiś już czas temu i zdążył się nieco zdezaktualizować. Wydane zostało bowiem kolejne opowiadanie Wallace'a po polsku. Znajdziecie je w dwutomowej antologii opowiadań wydanej przez Wydawnictwo Zysk i S-ka:
http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2245
http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2244
Artykuł jest wyrazem mojej wielkiej fascynacji tym człowiekiem. Postarałem się wybrać najciekawsze wspomnienia o autorze ze strony McSweeney's i możliwie najwierniej je przetłumaczyć. Tekst opiera się głównie na tych właśnie wspomnieniach. Cytuję również słynny już dziś artykuł z Rolling Stone sprzed kilku numerów.
Dopiero ukazanie się książki, o której wspomniałem wyżej, zmotywowało mnie do zamieszczenia artykułu. Prawdę mówiąc znalazłem ją w księgarni dopiero dziś i jestem miło zaskoczony, że ukazuje się u nas taka literatura. Nie ukrywam, że wyszła ona spod pióra osób, z którymi czuję dość silną więź intelektualną.
Z powodu ograniczeń objętościowych Livejournala – nie pierwsze to ograniczenie tego serwisu – musiałem rozbić artykuł na dwie części
***
W ciągu ostatniego miesiąca byłem świadkiem czegoś, co nie zdarza się zbyt często we współczesnej wirtualnej rzeczywistości publikacji internetowych. Rzecz dotyczy serii informacji, które pojawiły się na stronach portali angielskojęzycznych, a w szczególności amerykańskich. Liczę jednak, że rozczarowanie ustąpi zdumieniu i szacunkowi, w miarę jak prawdziwy obraz wydarzenia i człowieka, o którym będę mówił, będzie coraz lepiej widoczny.
Jak zapewne niektórzy już wiedzą, 12 września zmarł David Foster Wallace. Żaden szanujący się serwis informacyjny ani literacki blog, nie mógł pominąć tej tragicznej dla wielu osób informacji. Ilość komentarzy, ich treść oraz wymowa dawały do myślenia. Informacje prasowe były bardziej wyważone i obiektywne, zaś komentarze pod nimi - emocjonalne i osobiste. Niedawne śmierci znakomitych pisarzy, Sołżenicyna, Bellowa czy Vonneguta, przeszły może głośniejszym echem, lecz nie wywołały takiej lawiny intymnych wspomnień ze strony młodszych czytelników. Prawdą jest, że D.F.W. był uważany za autora młodego pokolenia. Jego sposób widzenia i poniekąd również oceny rzeczywistości, uwidoczniał się w stylu pisania i w jakiś tajemniczy sposób przemawiał do pokolenia dwudziestoparolatków.
Przejdę do rzeczy. Nie podejmę się recenzji dokonań literackich D.F.W. Powodów ku temu jest kilka. Nie da się tego zrobić w czterech tysiącach słów – powierzchowne omówienie tematu byłoby krzywdzące dla autora i wątpię czy przysporzyłoby mu czytelników, a jest to coś, czego bardzo chciałbym uniknąć; omawianie twórczości autora ośmiu kilkusetstronicowych „cegieł”, podczas gdy Polski Czytelnik ma do swojej dyspozycji zaledwie jedno krótkie opowiadanie, jest trochę nieuczciwe; nie jestem wystarczająco bystry. Być może jednak uda się przedstawić autora od strony jego charakteru, który w większym stopniu niż w książkach, ujawniał się w kontaktach z ludźmi. Chodzi o to, żeby napisać po prostu jaki był. Jestem w stanie przynajmniej wyobrazić sobie, że to mi się udaje. Przy tej okazji wypłynie na wierzch również kilka informacji o książkach Wallace’a.
Nie, nigdy nie spotkałem się z nim twarzą w twarz, nie mam więc bezpośrednich wspomnień. Jednak D.F.W. nie był mizantropem, a w pamięci tych, którzy mieli z nim jakiś kontakt zachowało się dużo informacji.
Miałam okazję zobaczyć Davida Fostera Wallace’a na podczas eventu Portland Arts and Lectures, około 10 lat temu. Wystąpił (…) w dyskusji panelowej na temat, co to znaczy być młodym pisarzem w Ameryce. Było to duże wydarzenie, na którym pojawiło się pewnie z 1500 osób. (…) Wszyscy na scenie i na widowni byli na tą okazję ubrani raczej elegancko, tj. wszyscy z wyjątkiem Dave’a. Przyjechał w wielkich jasnych buciorach, wytartych dżinsach i jakiejś kraciastej podkoszulce z długim rękawem. Wyglądał jak spsiały drwal.
Swoją książkę czytał tego wieczoru dość krótko, większość czasu poświęcona była na pytania i opowiedzi. Coś, co Dave powiedział na temat własnego zdenerwowania i niecodzienności całego wydarzenia, przypomniało mi o starej anegdocie dotyczącej Kurta Vonneguta.
Vonnegut wygłosił jakieś przemówienie, którym się denerwował. Sądził, że było kiepskie. Ściszonym głosem podzielił się tą myślą z gospodarzem imprezy, siedzącym obok na podwyższeniu, który zapewnił go jednak, że nie ma się czym przejmować – nikogo tak naprawdę nie obchodziło co ma do powiedzenia; wszyscy chcieli się tylko przekonać czy jest uczciwym człowiekiem.
Kiedy wróciłam do domu, napisałam dla Dave’a wiadomość, w której podzieliłam się z nim tą anegdotą. Przedstawiłam się i wyjaśniłam, że przed chwilą widziałam go ubranego w sposób „ostentacyjnie nieadekwatny do okazji” podczas Arts and Lectures w Portland.
Po kilku tygodniach Dave odpisał. Na małej, przeznaczonej do przekazywania podziękowań, pocztówce (…) napisał, że rozumie niepokój Vonneguta. „Jest aprioryczną niemożliwością być uczciwym na tych pisarskich panelach”.
W postscriptum życzliwie odpowiedział na mój komentarz dotyczący jego wyglądu. Napisał, „Byłem adekwatnie ubrany. Jedna pani powiedziała, że ma być nieformalnie. To pozostali byli ubrani nieadekwatnie”.
Biorąc pod uwagę to, ile różni ludzie chcieli, by poświęcał czasu i uwagi rozmaitym sprawom, ta krótka, szczera i zabawna wiadomość, przesłana zupełnie obcej osobie, wydała mi się czymś zaskakującym i wspaniałomyślnym. Z lektury tych notek widzę, że nie było to czymś niecodziennym.
- K.B. Dixon
Kiedy przeczytałam A Supposedly Fun Thing I’ll Never Do Again, postanowiłam, że chcę być nim. Był taki zabawny i inteligentny. Byłam więcej niż zauroczona. Nieomal spadłam z krzesła, gdy podczas pierwszego tygodnia moich poakademickich praktyk w Boston Review dowiedziałam się, że moja współ-praktykująca towarzyszka, Chrissy, była jego studentką w Pomona College i że napisał dla niej referencje. Jaki był? Pamiętała go jako człowieka tylko pozornie nierozgarniętego. Jako faceta, który potrafił przerwać gorącą dyskusję podczas zajęć po to, żeby zaaplikować na ramię świeży plaster nikotynowy. Kiedy czasem kładł nogi na stole, można było zobaczyć przyklejone do podeszw butów zużyte plasterki.
Tego lata, w kościele na Harvard Square, czytał swoją książkę Oblivion. Poszłam tam wraz z Jamesem. Chrissy mieliśmy spotkać na miejscu. Znaleźliśmy miejsce gdzieś w ławce, a Chrissy wśliznęła się obok nas dopiero kilka minut po tym, jak zaczął już czytać. Zauważył ją i przerwał wpół zdania: „O, przepraszam. Właśnie zauważyłem jedną z moich studentek. Jak się masz?” Nie znałam go, ale w tym momencie nie miałam najmniejszych wątpliwości, że był dobrym nauczycielem i prawdziwie uprzejmym człowiekiem.
- Rasika Welankiwar
David Foster Wallace był moim nauczycielem na magisterskim kursie creative-writing na Illinois State University w 1995 roku. Miałem też okazję rozmawiać z nim w 1996 r. po premierze Infinite Jest. Jego wpływ na moje pisarstwo był ogromny. Mym ulubionym spośród jego opowiadań jest Good Old Neon, które jak żaden inny fragment prozy, wywarło na mnie ogromne wrażenie. Po jego lekturze miałem niezwykłe poczucie łączności z wszystkim, co żywe.
Z prozą szło mi nienajlepiej na ISU, lecz fakt, że (jako opiekunowi periodyku literackiego ISU, Druid’s Cave) podobał mu się jeden z moich wierszy, znacznie przybliżył mnie do pisania i publikowania poezji. Jego proza była czasem bardzo mroczna. Napisał najlepsze opowiadanie o depresji jakie czytałem (The Depressed Person).
Podczas zajęć opowiadał o uzależnieniu, o sukcesie, o tym jak może on zdusić człowieka jeśli pisze głównie dla pieniędzy i sławy. Przyniósł kiedyś wiersz Rilkego Listy do młodego poety i opowiadał o tym, jak czytelnik jest gotów przetrawić meta-literackie sztuczki, jeśli proza jest wystarczająco dobra. Sam chciał pisać w jak najlepszych celach: po to, by pobudzić prawdziwe uczucia, a nie tylko dla samej ironii i humoru. (…)
- Don Illich
Miałam szczęście być jedną ze studentek Davida na ISU. Był promotorem mojej pracy dyplomowej. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dzięki niemu moje życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku i bez jego wsparcia i zachęty wróciłabym do swojej starej pracy, zamiast kontynuować pisanie i nauczanie. Kiedy zaczynałam u niego studiować, byłam więcej niż onieśmielona. Jednak niemal od razu zauważyłam, że w jego osobie, będącej „kombinacją człowieka z pisarzem” było znacznie więcej człowieka, a mniej pisarza. Brzmi banalnie, jednak wtedy wydało mi się to równie krzepiące, co nieoczekiwane. Był autentyczny do bólu. I chociaż ostatnio nie byliśmy w kontakcie, jego głos wciąż brzmi w mojej głowie. Mówi, że jeśli nasza twórczość miałaby być nieoryginalna, nudna i naśladowcza, lepiej w ogóle nie pisać.
Pamiętam, że starał się zawsze zachowywać prywatność, ale jest jedna rzecz, którą bardzo chciałabym się podzielić, bo wywołuje uśmiech na mojej twarzy w ten smutny czas: Dave potrafił najlepiej na świecie naśladować Mary Tyler Moore, wygłaszającą swoją sławną kwestię „Oh, Mr. Grant!” z jej starego serialu. To było przezabawne, razem z załamywaniem rąk i wnoszeniem oczu ku niebu.
Chociaż był błyskotliwy, dobroduszny i ujmująco uprzejmy, potrafił być również piekielnie zabawny. Będę za nim bardzo tęsknić.
- Amy Havel
Zeszłego wieczoru, kiedy szukałam fragmentu, w którym Kate Gompert opisuje depresję – a jest to jedyny fragment prozy, który uchwycił mojego własnego demona – zaczęłam łkać. Mój pies przerwał swoją niespokojną drzemkę, ułożył się na moich kolanach i zlizywał łzy z mojej twarzy. Nie mogę przestać myśleć o jego psach.
- Ellen Knowlton Wilson
Mr. Squishy ukazał się po raz pierwszy w piątym numerze McSweeney’s jako dzieło Elizabeth Klemm. Kiedy Dave przysłał mi tekst, zażyczył sobie, by ukazał się pod autorskim pseudonimem i za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć dlaczego. Nie kwestionowałem nawet tego pomysłu, bo wcześniej publikowaliśmy już masę tekstów pod pseudonimami innych autorów i wiedziałem, że może być całkiem sporo dobrych powodów, by od czasu do czasu wydrukować coś pod innym nazwiskiem. Oczywiście chcieliśmy dokonać publikacji pod jego prawdziwym nazwiskiem, bo było opowiadanie było znakomite i należało do najdłuższych opowiadań D.F.W., jakie wpadło nam w ręce. (…)
To był pierwszy i jedyny [jego] tekst, jaki publikowaliśmy, który ja próbowałem redagować. (…) Jego prace, jak wszystkim wiadomo, były bardzo trudne w redagowaniu, ponieważ nie robił w ogóle błędów i potrafił przewidzieć konsekwencje wszelkich zmian o wiele trafniej niż ktokolwiek. Nie był kłótliwy, lecz po prostu miał wszystko bardzo dokładnie przemyślane od początku do końca i w gruncie rzeczy każdy przecinek był u niego na swoim miejscu.
Tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że udało mi się skłonić go, by rozbił kilka akapitów. (...) W naszej wymianie uwag okazało się, że nigdy się nad tym po prostu nie zastanawiał. (…) Był tego rodzaju geniuszem, którego rozumienie mechanizmów własnej prozy różniło się znacznie od rozumienia ich przez publiczność.
- Dave Eggers
Miał na sobie szorty i T-shirt. Najwyraźniej obciął sobie też górną część skarpetki, żeby nosić w niej portfel. (…) Poszliśmy do restauracji na obiad (cheeseburger, frytki, cola – nauczył mnie co to jest darmowa dolewka; nie mamy czegoś takiego we Włoszech; w przeciwnym razie wszyscy wypijaliby całe litry darmowych napojów gazowanych) i odbyliśmy długą, miłą i pokrętną rozmowę.
W pewnym momencie oznajmił zawstydzony, że razem ze swoją dziewczyną założyli sobie niedawno kablówkę, przed czym przez długi czas się wzbraniał. Opowiedział mi, jak za każdym razem, gdy znalazł coś ciekawego do obejrzenia, natychmiast zaczynał się bać, że na drugim kanale może równocześnie lecieć coś znacznie ciekawszego. Dlatego nigdy nie przestawał przełączać i w rezultacie niczego naprawdę nie oglądał, co skutkowało zazwyczaj kłótnią z jego dziewczyną. (…)
- Marco Cassino
Dave był moim profesorem, kiedy byłem na pierwszym roku na Illinois State [University]. Było to jeszcze przed premierą Infinite Jest. Często przychodził do sali po grze w tenisa w obciętych dżinsach i bandanie. Po tym jak go naciskaliśmy wyjaśnił, że nazwisko „David Foster Wallace” zostało wybrane przez agentów albo wydawców po to, żeby odróżnić go od innych Dave’ów i Davidów Wallace’ów. Wszyscy mówiliśmy na niego Dave. (…)
- Matt Lenz
Kiedy wyszliśmy z restauracji, przeprosił nas i podszedł do wejścia do budynku jakiejś firmy nieopodal, naprzeciwko miejsca gdzie zaparkowaliśmy.
Chwilę później mój kolega pochylił się do mnie i zapytał: „Dlaczego David Foster Wallace grzebie w śmieciach?” (…)
Dave uniósł plastikowe wieko pojemnika na śmieci i zaczął szperać. Spodziewałem się, że z budynku zaraz ktoś wyjdzie i każe mu odejść, grożąc wezwaniem policji. Po chwili przykrył z powrotem pojemnik i wrócił do nas. W ręku trzymał zużyty styropianowy kubek po jakimś daniu typu instant. W milczeniu wróciliśmy do samochodu, podczas gdy ja wraz z kolegą zastanawialiśmy się, co takiego przed chwilą się wydarzyło.
„Spluwaczka”, powiedział Dave, „mogę pluć w samochodzie?”
(…) W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Dave Wallace, najbardziej bezpretensjonalny pisarz, jakiego spotkaliśmy, żuł tytoń. (…)
- Blase Drexler
· Był niezwykle uprzejmy i dobroduszny. Obawiał się, że muzeum zostanie obarczone jego osobistymi drobnymi wydatkami hotelowymi; musiałam go przekonywać, że nie zostanie. Było to coś, co mi się w nim podobało.
· Był samoświadomy wręcz do bólu. Poprosiłam go o krótki wywiad dla UCSD-TV, uczelnianej stacji telewizyjnej, która zawsze robiła materiały z naszych imprez. Nie chciał tego robić, mimo iż zapewniałam go, że i tak nikt wywiadu nie zobaczy. W końcu zgodził się, a mi zrobiło się przykro, że go naciskałam, bo widać było z nagrania, jak bardzo niekomfortowo się z tym czuł.
· Oboje mieliśmy psy przygarnięte ze schroniska i zgadzaliśmy się, że jest to jedyny słuszny wybór.
· Miał towarzyszyć tego wieczoru Sharon Olds i co było urocze, onieśmielała go jej sława. Myślę, że tyle samo osób co dla niej zjawiło się tam wtedy dla niego, ale on i tak traktował ją z królewską godnością. Kapela, która występowała tego wieczoru na scenie, grała dość głośno – zbyt głośno dla Sharon Olds – dlatego grzecznie wyprowadził ją na zewnątrz i dotrzymywał towarzystwa dopóki nie skończyli grać. Egoizm był mu kompletnie obcy, chociaż był taki utalentowany.
- Jennifer de la Fuente
Nigdy wcześniej nie próbowałam kontaktować się z pisarzami, ani żadnymi innymi znanymi ludźmi i od tamtego razu również tego nie robiłam. Nie wiem zatem jak często zdarza się otrzymać odpowiedź, on jednak był na tyle uprzejmy, że odpisał na mój list z 2006 r., który napisałam do niego po przeczytaniu opowiadania Good Old Neon w Oblivion. Było w nim wszystko to, co chciałam sama zawrzeć w mojej pracy dyplomowej, zostało jednak wyrażone znacznie precyzyjniej i ciekawiej niż miałam nadzieję zrobić to sama. Byłam zdumiona i zachwycona. Napisałam do niego, że teraz dopiero dostrzegłam, o ile mniej obiecująca była perspektywa pisania naukowego od próby przekazania pewnych pomysłów za pomocą fikcji literackiej. Zapytałam: „Czego potrzeba, by przejść od abstrakcyjnych pomysłów do konkretnych historii, które są ich obiektywizacjami, w taki sposób, żeby wzbogacić czytelnika?”
Namalował gwiazdki, kółka i linie na liniowanej kartce z zeszytu i odpisał, że „standardowa formułka jaką się sprzedaje na zajęciach CW” mówi, że „jeśli zaczynasz od abstrakcyjnych pomysłów, prowadzi to do tego, że bohaterowie + akcja dostarczają rusztowania, na którym zawieszasz „przesłanie”. Większość moich własnych doświadczeń potwierdza jednak to dosyć <„denerwujące” – skreślone> płytkie prawidło – a przynajmniej jest tak, że teksty, których zarodkami są „idee”, rzadko ożywają i zwykle kończą jako szkice (miałem zaledwie dwa wyjątki, oba na początku lat 90-tych).” Wyraził również wątpliwość czy jakakolwiek praca naukowa potrafi wyrazić to samo, co opowiadanie: „dobra literatura jest wartościowa o tyle, o ile potrafi mówić o rzeczach, o których nie da się mówić w żaden inny sposób.” Bardzo delikatnie obszedł się z moim złudzeniem, że piszę coś podobnego do tego, co on sam napisał. Podsumował mówiąc: „Jeśli możesz mówić o nich wprost – mów, ale wątpię, żeby ostatecznie pozostały takie same”. Zakończył uśmiechniętą buźką.
Przypomina mi się fragment, który zakreśliłam ołówkiem w Good Old Neon w 2006 r. Chodzi mi o to, jak wiele razy narrator używa tam terminu „siła ognia” jako metafory inteligencji. Umysł jest dla niego czymś w rodzaju broni, którą ludzie mieliby zwracać przeciw sobie. To jednak umysł narratora okazuje się być w siebie wycelowanym. Tytuł wskazuje, że całe nasze życie, włączając w to życie umysłowe, jest jedynie słabym mrugającym światłem, nie prochem strzelniczym ani ogniem. Mimo to narrator poddaje się niekończącemu się wewnętrznemu monologowi, który go nachodzi. (…)
- Elizabeth Silas-Havas
Chciałabym uzupełnić retrospekcję Dave’a Eggersa dotyczącą kolacji, którą jedliśmy kiedyś razem z Dave’em Wallace’m. (…) Na ulicy, kiedy szliśmy do restauracji, Dave W. był wręcz nieznośnie uprzejmy – było to aż nieprzyjemne (…).
Pamiętam, że Dave W. miał na sobie niebieski T-shirt, pod nim białą bawełnianą koszulkę z długim rękawem, a na wierzchu – kanciastą marynarkę, którą jak wyznał, kupił w przemiłym sklepie w Bloomington. To był odpowiednik formalnego stroju dla Dave’a W. Był dość wysoki i krępy, chodził z głową lekko pochyloną, jak gdyby nie chciał przytłaczać sobą niższych osób, z którymi przyszło mu rozmawiać. Miał trądzik, tłustą cerę i nosił zarost. Pachniał Old-Spice’em.
Dave E. zamówił coś w rodzaju nuggetów z kurczaka. Dave W. – hamburgera z indyka i stanowczo lecz grzecznie – naprawdę, był niesłychanie uprzejmy – powiedział kelnerowi: „Znakomite, mówię tłustym drukiem, znakomite”.
- Adrienne Miller
Dave Wallace był moim profesorem zanim jeszcze został literackim mistrzem, promotorem i ulubionym towarzyszem popołudniowych rozmów. Kosztowało mnie wiele wysiłku, żeby opanować chęć wpasowania się w ten ciąg panegiryków (…), jednak kiedy już piszę ten tekst, poddanie się jej wydaje mi się najważniejszą rzeczą na świecie.
Podczas zajęć Dave obruszał się na ewentualność zwracania się do niego „profesorze”. Wolał, by był to dowolny inny zwrot (z wyjątkiem „Wallace” – które to nazwisko potrafił sobie wyobrazić jedynie jako uwidocznione na koszulce futbolowej). Na początku semestru raz powiedział o sobie „wujek Dave” i od tamtej chwili taki przydomek do niego przylgnął. W końcu który „profesor” częstowałby mnie tytoniem w samym środku wykładu o spójnikach parataktycznych? Albo wykonywał rodzaj dziwacznego tańca, gdy był zakłopotany i nie wiedział co robić? I gdy podpisywał komentarze pod naszymi pracami „Wujaszek Dave” wiedzieliśmy, że ten zwrot jest jednocześnie zabawny i szczery oraz podyktowany sympatią. (…)
- Ashley Newman