Home

Advertisement

Customize

August 2009

S M T W T F S
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Previous 20

Aug. 16th, 2009

Przenosiny

Od dzisiaj można czytać tego bloga pod adresem http://oxbridgequadriviumtrivium.blogspot.com/

Wszystko dotychczasowe posty zostały przeniesione do nowej domeny, tak więc przeczytacie tam wszystko to, co do tej pory napisałem tutaj. Komentarzy niestety nie udało się przenieść. Przyczyną tej zmiany jest słaba funkcjonalność tego serwisu.

Nowy blog będzie mam nadzieję bardziej profesjonalny, mniej głupkowatych tekstów, mniej dziennikarstwa linkowego, więcej recenzji i refleksji na temat książek współczesnych i tych klasycznych. Do tego być może trochę własnych tekstów, raczej tylko o charakterze eseistycznym. Całość ma być też ładniejsza wizualnie, bardziej przejrzysta i łatwiejsza w nawigacji. Do każdej recenzji zdecydowałem się dokładać ocenę książki w skali 1 - 10 opierającą się na moich własnych upodobaniach.

Od tej pory przestaję publikować pod tą domeną jednak nie będę jej usuwał.

Zapraszam jeszcze raz na http://oxbridgequadriviumtrivium.blogspot.com/

William Faulkner - Absalomie, Absalomie; Światłość w sierpniu




„Kochany Synu,

Panna Rosa Coldfield została pochowana w dniu wczorajszym. Leżała w letargu prawie dwa tygodnie i umarła nie odzyskując świadomości, a więc śmierć miała lekką, jak to się mówi, cokolwiek chce się przez to powiedzieć. Mnie osobiście zawsze się wydaje, że jedyną śmiercią lekką jest chyba taka śmierć, która odbiera człowiekowi zdolność myślenia gwałtownym zaskoczeniem od tyłu, jeżeli można się tak wyrazić, ponieważ jeżeli śmierć jest już w ogóle czymś poza krótkotrwałym, szczególnym stanem emocjonalnym osób pozostawionych w żałobie, to chyba podobnym szczególnym stanem jest i dla samego konającego. Ale czy może być stan boleśniejszy dla każdej inteligencji powyżej poziomu dziecka albo idioty niż powolna, stopniowa konfrontacja z tym, co przez długi okres oszołomienia i grozy człowiek uczy się uważać za nieodwołalną i niezgłębioną ostateczność – tego nie wiem. I czy można znaleźć pociechę albo przestać odczuwać ból uciekając bezpowrotnie przed upartym, pełnym zdumienia poczuciem zniewagi, które przez czterdzieści trzy lata z górą było towarzyszem i chlebem, i ogniem, i wszystkim – tego też nie wiem…” 

William Faulkner – Absalomie, Absalomie

 

Ciężko się pisze o Faulknerze bez szczegółowej analizy fabuły jego powieści podobnej do tych, których dokonuje Nabokov w swoich wykładach. Ja niestety nie mam na coś takiego czasu, dlatego napiszę jedynie parę ogólników. Siła tych powieści częściowo tkwi właśnie w doskonale skonstruowanych fabułach. Bez nich cała techniczna maestria, strumienie świadomości, wyczucie języka na niewiele by się zdały. Mamy też doskonale skonstruowane postacie ludzkie. Postacie wywołują szczerą empatię, jednak nie do końca wiadomo czym spowodowaną. Jak to się dzieje, że współcześni czytelnicy, którzy żyją już w rzeczywistości na wpół wirtualnej, wciąż przejmują się losem Rosy, Ellen, Judith, Henry’ego, Charlesa Bona, Clytie czy demona Sutpena, ludzi, których codziennością była orka w suchej spękanej ziemi po to, by zapewnić sobie najskromniejsze porcje żywności. Wszystkie te osoby zamykają się jakby w swoim świecie, nie potrafią komunikować się nie tylko z sobą nawzajem, ale także z czytelnikiem. Gdy dochodzi wreszcie do okazji żeby dowiedzieć się co rządzi postępowaniem tego czy innego, zapada milczenie. Postać nie odzywa się, zamyka się w sobie, a czytelnicy razem z Quentinem, który słucha z różnych ust tej samej co oni opowieści, może się tylko domyślać o co tak naprawdę chodzi. Ten komunikacyjny impas wywołuje wrażenie, że postacie poruszają się jak w jakimś amoku wywołanym dusznym i wilgotnym klimatem południa, są wyobcowane, dzikie, a ich życiem rządzi ślepy los.

Powyższe uwagi nasunęły mi się po lekturze Światłości w sierpniu i Absalomie, Absalomie, jednak ta ostatnia książka bardziej mi się podobała. Nie chcę przez to powiedzieć by Światłości czegoś brakowało, ale historia wydała mi się w niej mniej interesująca, a postacie jakby mniej wiarygodne. Obie te książki jednak zdecydowanie zasługują na przeczytanie. Może niekoniecznie za jednym posiedzeniem, może warto w gdzieś w połowie odstawić Faulknera i dla odprężenia poczytać coś lżejszego, dlatego, że świat przez niego stworzony może na dłuższą metę przytłoczyć (pod tym względem Faulkner bardzo przypomina J.M. Coetzee) nawet najbardziej odpornego i zdystansowanego czytelnika.

 

Światłości w sierpniu - 7/10

Absalomie, Absalomie - 8/10


Aug. 8th, 2009

100 najlepszych blogów o książkach

Teraz to już chyba się nie ruszę sprzed monitora. Niektóre blogi z poniższej listy są bardzo ciekawe, niektóre mniej, ale znajdują się na nich odnośniki do kolejnych setek stron o książkach. Galaktyka wiedzy.

http://onlineschool.net/2009/08/04/100-best-book-blogs-for-history-buffs/

Aug. 4th, 2009

John Crowley - Aegipt - Samotnie

Jeszcze w zeszłym roku na polskim rynku księgarskim ukazała się pierwsza część tetralogii Johna Crowleya Aegipt, zatytułowana Samotnie. Sięgnąłem po nią po tym, jak szalenie spodobało mi się jego Małe, duże, z zamiarem ponownego odnalezienia się w spokojnym, sielankowym i sprawiającym wrażenie transcendentnego świecie wykreowanym siłą wyobraźni amerykańskiego pisarza.

            Samotnie są bardzo podobne do Małego, dużego. Ten sam magiczny świat, ten sam powolny sposób opowiadania, tak samo pełne ciepła postacie, z którymi czytelnikowi łatwo się zaprzyjaźnić.

            Historia opisana w Aegipcie bardziej mnie jednak zaciekawiła niż dzieje rodu Drinkwaterów. W istocie rzeczy bowiem czytamy tu kilka historii równolegle: normalna historia Pierce’a Moffeta, historia młodości Pierce’a, historia młodego Willa Shakespeare’a, historia Rosie Rasmussen, historia Giordano Bruna i historia Johna Dee, mojej ulubionej postaci tej książki. Podejrzewam jednak, a podejrznie to graniczy z pewnością, że w kolejnych częściach wszystkie te historie, choć niektóre są rzekomo fikcyjne (o Shakespearze Rosie czyta przecież w książce [niehistorycznej, jak ocenia zimno Pierce] Fellowesa Krafta), połączą się razem w jedną historię, do której kluczem okaże się jakieś mistycznie doznanie – prawdopodobnie widzenie aniołów, którego chciał tak bardzo doświadczyć John Dee i którego zapewne będzie poszukiwał również Pierce.

Pierce jest współczesnym odpowiednikiem Johna Dee, naukowca, maga, wielbiciela gadżetów i posiadacza jednej z największych bibliotek w Anglii. Książka, którą chce napisać on sam jest, jak przystało na współczesnego badacza alternatywnych rzeczywistości, naukowa i nie zawiera żadnych zmyśleń ani spekulacji. Pierce bardzo jednak chciałby zobaczyć anioły. Chciałby odkryć jakiś klucz do dawnego świata, który nie wiadomo nawet jaki był. Skoro jednak jest to dawny świat, to musiał on być magiczny. Ponieważ jednak ów klucz jest głęboko schowany, być może nawet nie istnieje, toteż poszukiwania Pierce’a i cały jego pomysł pisania książki o utraconym świecie Aegiptu ma coś z pobożnego życzenia. Zbiegiem okoliczności jednak nasz bohater trafia do domu zamieszkiwanego niegdyś przez zmarłego już Fellowesa Krafta, pisarza fantasty, i znajduje maszynopis niedokończonej książki, która być może upragniony klucz do legendarnej krainy Aegiptu zawiera.

Crowley zawsze zostawia na kartkach swoich książek fragmenty, w które mógłbym się zatopić i przenieść do świata, które opisują. Uważam, że ma wyjątkowy styl, co w połączeniu ze „zmysłem muzycznym”, również potrzebnym w literaturze, i wyczuleniem na momenty mistycznych[1] niemal doznań, jakie czasem stają się naszym udziałem w niektórych okolicznościach, pozwala mu opisać te doświadczenia, których podobno opisać się nie da.

Można zarzucić Crowleyowi, że jest pisarzem mało elastycznym i że zawsze uderza w tą samą nutę. Mało mnie ten zarzut obchodzi, bo bardzo brakuje mi takiej sielankowej literatury. Wielu próbowało osiągnąć, tak sądzę, zbliżony efekt, jednak Crowleyowi udało się to w najlepiej spośród znanych mi autorów. Bardzo się cieszę, że przede mną jeszcze trzy takie pięciusetstronicowe tomy zanim Opowieść się skończy. Trzeba tylko poczekać zanim wydawnictwo Solaris wreszcie je opublikuje.



***

 

Do wejściowych drzwi – z moskitierą – sklepiku przyczepiony był znacznie już wyblakły blaszany szyld reklamujący chleb, blondynka i jej posmarowana masłem kromka: Pierce’owi od lat nie zdarzyło się wchodzić przez podobne drzwi z podobnym szyldem. Wewnątrz unosiła się chłodna i bezimienna woń, coś, co przywodziło na myśl naftę, rodzynki i kruszki z kruchych ciasteczek, a co stanowi odwieczny zapach podobnych sklepików; sklepy miejskie, które sprzedają niemal takie same towary, najwidoczniej nigdy nie go nie miały. Wykręcając numer Pierce poczuł, jak zapada się w przeszłość.

(…)

            Przy ladzie spostrzegł chłodziarkę na napoje gazowane, jedną z tych w typie sarkofagu, która niegdyś stała w sklepie Delmonta w miasteczku, w którym dawniej mieszkał: ta sama ciemnoczerwona barwa i to samo ciężkie wieko pokryte cynkowymi liniami, wewnątrz zaś znajdował się ciemny brodzik z lodem i wodą oraz schłodzone butelki, które głucho pobrzękiwały razem, gdy wybrał jedną z nich. Ze znajdującej się obok obrotowego stojaka z widokówkami tekturowej planszy, pełnej okularów przeciwsłonecznych, wyciągnął jedną parę; rozważył też możliwość kupna egzemplarza lokalnej gazety, której sterta piętrzyła się obok, ale zrezygnował. Nazywała się „Kurier Faraway”. Zapłacił za colę i okulary, uśmiechając się do sympatycznej dziewczynki, która z uśmiechem przyjęła od niego pieniądze, po czym wyszedł z powrotem na powietrze, czując się osobliwie wolny, jak gdyby osiadł na brzegu bądź z trudem do niego dobił. Włożył swoje nowe okulary, co sprawiło, że dzień jeszcze bardziej począł przypominać pejzaż Claude’a, przepojony odcieniami bursztynu i głęboko przyciemniony: spokojny.

            Przerwał swą podróż, być może było to wielce ryzykowne, i bez wątpienia wiele trzeba będzie za to zapłacić nudą lub zgoła czymś gorszym; nie miało to znaczenia, ani prze chwilę nie potrafił się tym przejmować, albowiem ani szczególnie nie pragnął dotrzeć tam, dokąd zmierzał, ani nie miał ochoty wracać tam, skąd wyruszył. Jeśli czegokolwiek pragnął, to po prostu usiąść w tu, przy tym drewnianym piknikowym stole w cieniu, nie ruszać się, sączyć colę oraz głęboki spokój tego, co zdawało się zacisznymi i powszechnymi wakacjami.

            Spokój. Teraz można było go sobie życzyć bez stawiania warunków: wieczne wewnętrzne wakacje, ucieczka wyszła na dobre. Żeby tak jakimś sposobem zachować na zawsze ten bezruch, który wciągnął w płuca wraz ze słodkim powietrzem, jakim oddychał, dla swej wewnętrznej pogody.

            (…)

            Kolejne kilka owiec wyłoniło się z bocznej drogi i snuło wzdłuż szosy, zbijając się w stadko i pobekując. Jeden z miejscowych na werandzie, który wcześniej wydawał się nieruchomy, wstał, podciągnął spodnie, po czym wszedł na szosę, żeby zatrzymać ruch, machając ostrzegawczo ręką na nadjeżdżającą furgonetkę, proszę się zatrzymać, cierpliwości.

John Crowley – Aegipt - Samotnie



[1] To prawdopodobnie zbyt mocne słowo na określenie tego rodzaju chwil.


Jul. 22nd, 2009

Yasunari Kawabata - Kraina Śniegu



Posuwając się wzdłuż potoku, wjechali wreszcie na szeroką równinę. Księżyc zawieszony nad krawędzią łańcucha górskich wierzchołków ciekawie je rzeźbił, zasnuwając jednocześnie spokojnym światłem łagodnie spływającą w dół ku oddalonym podnóżom płaszczyznę zbocza. Niebo rozlewające bladą poświatę barwiło potężne sylwetki gór świeżymi odcieniami głębokiego błękitu, podczas gdy u wylotu równiny widok był jednostajny. Księżyc nie oślepiał już białością, ale choć tło rzucało nań lekki cień, nie ziębił jeszcze przejmującym chłodem zimowej nocy. Na niebie nie było ani ptaka. Równina u stóp gór rozciągała się bezkresnie wszerz i nic nie przesłaniało jej perspektywy ni z lewej, ni z prawej strony, jedynie tuż nad brzegiem potoku bielał budynek wyglądający na hydroelektrownię. Był to jedyny szczegół na planszy okna wagonu, wypełnionej smętnym zimowym krajobrazem, nie zagarnięty jeszcze przez mrok.

Yasunari Kawabata - Kraina śniegu

Kraina śniegu to liryczna opowieść o przyjaźni pomiędzy mężczyzną i kobietą, o tym jak niekiedy wbrew okolicznościom pomiędzy ludźmi nawiązuje się intymna nić porozumienia, która trwa przez lata. Shimamura przyjeżdża do śnieżnej krainy raz w roku żeby odpocząć w górach od pracy, codzienności i rodziny, którą zostawia w wielkim mieście, ale tak naprawdę przyjeżdża tam dla pięknej gejszy Komako. Książka opowiada o dziwnych relacjach jakie między nimi zachodzą. Relacjach mających coś z przyjaźni, ale podszytej seksualnością. Relacjach, które właściwie nie ewoluują w żadną stronę tylko trwają po prostu. Miejscem akcji jest dom wypoczynkowy gdzieś na dalekiej północy, w którym wciąż obecne są gejsze, które goście mogą zamówić sobie do towarzystwa.

Autor dosyć subtelnie i oszczędnie kreśli opisy tradycyjnych japońskich zwyczajów, przedmiotów, potraw itp., dlatego czytelnik nie poczuje się niczym wyrzucony w zupełnie obcym otoczeniu, ale w jakimś stopniu odczuje specyficzny dalekowschodni klimat, którego odmalowanie było zapewne intencją autora. Mimo iż niekiedy Kawabata wspina się na językowe wyżyny, jak w zacytowanym powyżej opisie, to książce brakuje prawdziwego, z konsekwencją konstruowanego świata przedstawionego, jaki chciałbym widzieć w tego typu powieści. Równowaga pomiędzy opisami tła i głównym tematem książki, czyli losami Shimamury i Komako, jest zachwiana na rzecz tego ostatniego. Poza tym, nie da się odczuć podczas lektury, że akcja poniekąd wtapia się w tło, a tło przenika akcję - coś co w wielkich powieściach jest tak doskonale widoczne. U Kawabaty mamy akcję, od której się na chwilę oddalamy, by podziwiać tło i następnie znów wrócić do akcji. Otrzymujemy w rezultacie teatr lalek, w którym dekoracja jest namalowana na płaskim kartonie ,na której tle podskakują trójwymiarowe kukiełki zamiast w pełni zintegrowanej z akcją sceny.

Rażą też przeskoki z lirycznego stylu opisów do szarpanego i dynamicznego stylu dialogów i właściwej akcji. Wszystko to nie współgra ze sobą tak jak ja bym chciał żeby współgrało.

W Czarodziejskiej Górze, z którą książka ta może budzić skojarzenia mimo skrajnie różnych gabarytów obu tych dzieł, styl pozostaje oryginalny lecz płynny niezależnie od tego czy akurat śledzimy dyskusję filozoficzną czy wsłuchujemy się w szum górskiego potoku. Zaśnieżone stoki, sala jadalna czy nawet leżaki i koce, które opisuje Mann, nigdy nie są tylko pustą dekoracją, ale zawsze stają się ważnym elementem opowieści.

Jul. 21st, 2009

David Foster Wallace - The Pale King

Jak wiadomo, już niedługo ukaże się w druku nieukończona powieść Davida Fostera Wallace'a. W międzyczasie możemy obejrzeć dwie strony maszynopisu książki z naniesionymi odręcznie przez autora poprawkami via New Yorker.




Jun. 4th, 2009

Fernando Pessoa, Księga niepokoju



Ja również wiele razy w marzeniach starałem się
być tą osobistością pełną indywidualizmu, imponującą, jaką romantycy w sobie dostrzegali, a ilekroć starałem się nią stać, zaczynałem się śmiać z tego pomysłu. Człowiek niezwykły istnieje w marzeniach wszystkich ludzi pospolitych, a romantyk nie jest nikim innym niż ktoś, kto pragnie uciec od codzienności swego życia. Prawie wszyscy ludzie marzą potajemnie o wielkości własnej, o podporządkowaniu sobie wszystkich innych ludzi, o posiadaniu wszystkich kobiet, o uwielbieniu tłumów we wszystkich epokach... Niewielu jest takich jak ja, nawykłych do marzeń, i dlatego dostatecznie rozumnych, by śmiać się z estetycznej możliwości takich marzeń.

Największe oskarżenie romantyzmu nie zostało jeszcze sformułowane, a jest takie: wyraża on wewnętrzną prawdę ludzkiej natury. Jego przesada, jego śmieszność, jego rożne sposoby wywoływania wzruszenia i zachwytu tkwią w tym, iż jest on objawem zewnętrznym tego, co najgłębiej ukryte w duszy, lecz konkretne, uzmysłowione, a nawet możliwe, gdyby to, co możliwe, zależało od czegoś innego niż Przeznaczenie.

Fernando Pessoa - Księga niepokoju

Kiedy przeczytałem w Tygodniku Powszechnym recenzję tej książki autorstwa Michała Pawła Markowskiego, a było to dawno temu, kiedy książka się ukazywała, stwierdziłem, że to musi być ważna pozycja w literaturze, a więc dla mnie lektura obowiązkowa. Wczoraj natknąłem się na ten tytuł w księgarni i zdążyłem się już zapoznać z obszernymi fragmentami.

Spisane jest to w formie dziennika, którego autorem jest niejaki Bernard Soares, zapewne porte-parole autora, prosty i biedny księgowy z Lizbony. Forma poszczególnych wpisów jest prosta i nie zawiera żadnych strukturalnych wygibasów co sprawia, że czyta się to łatwo - przypomina raczej blog niż literacki dziennik. Pessoa, pomimo że udało mu się przykuć moją uwagę od samego początku swoją bezpośredniością, a nawet bezczelnością, na dłuższą metę jest męczący. Jeśli już ktoś go czyta, polecam raczej w małych dawkach, bo monotoniczność (stylu i treści) tej książki potrafi zabić.

Książkę oceniam na trójkę. Nie potrafię zrozumieć sensu rozważań jakie prowadzi Soares. W zasadzie nie są to nawet rozważania, raczej pejzaże myślowe człowieka, który swoje nudne i monotonne życie wypełnia niesprecyzowanymi marzeniami i jednocześnie próbuje nadać jakąś rangę moralną takiej postawie.

Mar. 15th, 2009

Fragment niedokończonej powieści Wallace'a w New Yorkerze

www.newyorker.com/fiction/features/2009/03/09/090309fi_fiction_wallace

Mar. 14th, 2009

Anima vs. animus

U mężczyzn eros, funkcja relacyjna, jest z reguły mniej rozwinięty niż logos. Natomiast u kobiety eros jest wyrazem jej prawdziwej natury, podczas gdy logos nierzadko bywa jedynie żałosnym epizodem. W rodzinie i w kręgu przyjaciół logos kobiety daje tylko powód do nieporozumień i nieprzyjemności, ponieważ nie opiera się na przemyśleniach, lecz na mniemaniach. Przez mniemania rozumiem tu aprioryczne przypuszczenia połączone z pretensją do absolutnej prawdziwości. Mniemania takie, jak każdy wie, mogą działać irytująco. Ponieważ animus z upodobaniem wdaje się w argumentację, przeto w akcji obserwujemy go najłatwiej w takich dyskusjach, w których strony uparcie obstają przy swoim zdaniu. Oczywiście, również mężczyźni potrafią argumentować w kobiecy sposób, a mianowicie wtedy, kiedy są opętani przez animę i tym samym przemienieni w animusa swej animy. Wtedy chodzi im głównie o osobistą próżność i wrażliwość, natomiast kobietom chodzi o potęgę prawdy lub sprawiedliwości czy jakiejś innej "ości", bo o ich próżność zadbały już ich krawcowe i fryzjerzy. "Ojciec" jako suma przyjętych poglądów odgrywa w kobiecej argumentacji wielką rolę. Choćby eros kobiety usposabiał ją nawet przyjaźnie i życzliwie do innych, to z chwilą gdy owładnie nią animus, żadna logiczna argumentacja nie zdoła jej poruszyć. W wielu przypadkach mężczyzna ma wrażenie (i nie całkiem się przy tym myli), że aby przekonać kobietę, musiałby ją chyba uwieść, pobić lub zgwałcić. Nie wie on, że wielce dramatyczna sytuacja natychmiast znajdzie banalne i nudne rozwiązanie, jeśli tylko opuści pole bitwy i kontynuację sporu zostawi innej kobiecie lub swej żonie. Na tę zdrową myśl wpada jednak rzadko albo wcale, ponieważ żaden mężczyzna ani przez chwilę nie może dyskutować z czyimś animusem nie ulegając natychmiast swej animie. Ktoś, kto by miał jeszcze ochotę obiektywnie przysłuchiwać się tej rozmowie, byłby niepomiernie zdziwiony tą przytłaczającą ilością frazesów, źle zastosowanych truizmów, komunałów wyczytanych w gazetach i powieściach i wszelkiego rodzaju intelektualnej tandety, nie wyłączając zwykłych wymysłów i wstrząsających bzdur. Jest to rozmowa, która - niezależnie od jej każdorazowych uczestników - powtarzała się miliony razy we wszystkich językach świata i zasadniczo jest zawsze tą samą rozmową[1].

Trzeba zamieść dom? - Tak. - Każ jej zamieść. Trzeba umyć miski? Każ je pozmywać. Trzeba przesiać mąkę? Każ jej przesiać. Trzeba zrobić pranie? Każ jej uczynić to w domu - Ale jest służąca! - Niech sobie będzie. Pozwól pracować żonie nie z potrzeby, ale by dać jej zajęcie. Jeśli nie przyzwyczaisz jej do robienia wszystkiego, będzie niczym, jak tylko kawałkiem ciała. Mówię ci, nie przyzwyczajaj jej do wygód
[2].

 

Gdyby mężczyźni wiedzieli, co jest pod skórą, widok kobiet wywoływałby u nich mdłości. Skoro nie chcemy dotknąć końcem palca plwociny lub łajna, jakże możemy pragnąć calować wór nawozu?[3].

 

Kobieta stworzona została mniej doskonałą od mężczyzny, nawet jeśli chodzi o duszę i winna być mu posłuszna ponieważ u mężczyzny jest z przyrodzenia większa obfitość rozeznania i rozumu[4].

Powstrzymam się od komentarza, bo i nie ma co komentować. Gender to w sumie nie moja dziedzina. Jestem przypadkowym obserwatorem starcia żywiołów uosabianych przez jungowskie archetypy animy i animusa, w którym to starciu nie do końca wiem o co chodzi. Jung z rozczulającą wręcz neutralnością naukowego spojrzenia rozprawia się w dwóch akapitach z całym problemem, ale tu akurat wolałbym mu nie wierzyć. :)



[1] Jung C.G., Syzygia: anima i animus w: Archetypy i symbole, Warszawa 1976, s. 77 - 78.

[2] Św. Bernardyn ze Sieny, za toccata via http://www.per-fumum.net/viewtopic.php?t=163

[3] Odon z Cluny, ibidem.

[4] Św. Tomasz z Akwinu, ibidem.

Mar. 11th, 2009

John Crowley - Małe, duże




Skończyłem czytać Małe, duże. Wszystko, co piszą o tej książce jest prawdą. Absolutnie zasługuje na wszystkie nagrody, które przypadły jej w udziale, na wszystkie zachwyty i wyrazy podziwu.

Nie sądziłem, że aż tyle czasu zajmie mi jej przeczytanie. Owszem, ponad 700 stron swoje robi, ale nie jest to bardzo skomplikowana lektura. Tak więc psioczyłem wewnętrznie na to, że wolno mi idzie i nie mogę zabrać się za następną grubą książkę – przeczytałem w międzyczasie kilka cienkich – ale z drugiej strony zadomowiłem się w świecie obecnym na stronicach Opowieści i, rzadko to się zdarza, nie miałem ochoty go opuszczać.

Crowley stworzył ujmujący, dekadencki i nostalgiczny świat w godny podziwu sposób, nie uciekając się do pretensjonalnych zagrań. Dzięki temu zamiast irytujących, obecnych dziś często w pisanych „na szybko” książkach, grafomańskich peregrynacji otrzymujemy szczerze i w sposób nie pozbawiony emocji opowiedzianą historię rodziny Drinkwaterów. Historia ma wiele wątków i odgałęzień, które choć rozciągnięte w czasie są ze sobą ściśle powiązane. Powiązania logiczne i przyczynowo-skutkowe są w powieści ważniejsze niż powiązania czasowe, co obrazuje pokawałkowana fabuła i częste przeskoki czasowe.

Małe duże to historia, którą mógł stworzyć jedynie człowiek o silnym przeczuciu, że wymiar empiryczny rzeczywistości nie jest jedynym jej wymiarem i że nasze jednostkowe historie nie są aż tak ważne jeśli spojrzymy na nie z bardziej ogólnego punktu widzenia. Nasze historie są sensowne tylko o tyle, o ile stanowią elementy Opowieści - jakiegoś większego planu, o którym wiadomo tylko tyle, że jest. Przychodzimy na świat i „zamieszkujemy” czas tylko w charakterze gości niczym poszczególne pokolenia Drinkwaterów zamieszkiwały starą, skrzypiącą i kto wie czego będącą świadkiem rezydencję Edgewood. Jest to tylko jakiś etap naszej wędrówki, która nie wiadomo gdzie się zaczęła i nie wiadomo, gdzie się skończy i czy w ogóle się skończy. Są wśród nas osoby, które jak Smoky nie bardzo przejmują się owym magicznym aspektem rzeczywistości. Po prostu przychodzą na świat, żyją i starają się cieszyć prostymi czynnościami, pracą, rodziną. Są też osoby jedną nogą tkwiące po tamtej stronie, które zdają się coś wiedzieć, jednak nie potrafią dokładnie powiedzieć czym jest to coś. Mam tu na myśli Alice i Sophie. Inni wreszcie, jak ciotka Cloud, tkwią całym umysłem w świecie transcendentnym i zdaje się, że tylko przypadkiem znaleźli się wśród żyjących tu i teraz.

Dostrzegam w książce również pewne wady czysto warsztatowe jeśli można tak powiedzieć. One jednak nikną jeśli weźmie się pod uwagę sumę przyjemności jakie sprawia ta lektura. Być może sam Crowley nie mógł odmówić sobie przyjemności przeciągnięcia jeszcze trochę tej historii tak, żeby pobyć dłużej ze swoimi bohaterami. Jest to wyraźnie odczuwalne mniej więcej w 2/3 książki, gdzie opisana jest historia Auberona po odejściu Sylvie. Było wiadomo, że jego powrót do domu zwiastuje koniec powieści i być może nieświadomie nawet autor starał się jak najdalej odwlec ten moment.

Crowley pisze bardzo wyważonym stylem. Choć ów melancholijno-magiczny pierwiastek, zwany tu czasem realizmem magicznym, wywołuje ogólne wrażenie liryzmu, to jednak prawdziwie liryczne fragmenty pojawiają się niezbyt często. Jest to raczej zaleta, bo tym większą przyjemność mamy obcując z takim fragmentem, kiedy już się na niego natkniemy. Cytowałem już jeden wcześniej jeden taki passus, a teraz myślę, że jest dobry moment żeby zacytować jeszcze jeden i przez moment podelektować się słowem.

***

Odkąd dzieci Alice rosły wolniej, pory roku zdawały się zmieniać szybciej. Kiedyś jej dzieci były
innymi ludźmi latem, a innymi jesienią. Tak wiele się uczyły, tyle odczuwały, tak często się śmiały i płakały podczas niemal wiecznego lata. Prawie nie zauważyła nadejścia tej jesieni. Może dlatego, że w tym roku musiała wyszykować do szkoły tylko jedno dziecko. I Smoky’ego. W jesienne poranki była praktycznie bezczynna: przygotowywała jeden lunch, popędzała od mycia do śniadania tylko jednego śpiocha, szukała tylko jednej pary butów i jednego tornistra.

A jednak, wspinając się na wzgórze, czuła, że wzywają ją olbrzymie obowiązki.

***

Violet pokiwała głową i ruszyła wolno przez trawnik, jakby przedzierała się przez nieznany jej żywioł, w kierunku kamiennego stołu, od którego machał jej mąż. Auberon zrobił właśnie zdjęcie dziadka i małego braciszka, a teraz kierował obiektyw na stół, próbując uchwycić w nim również swą matkę. Tak poważnie traktował swe fotografowanie, jakby to był obowiązek, a nie przyjemność. Ogarnęła ją litość. To powietrze!

Usiadła, a John nalał jej herbaty. Auberon położył przed nimi swój aparat. Ogromna chmura przesłoniła słońce, a John spojrzał w górę, urażony.

- Och! Patrzcie! – krzyknęła Nora.

- Patrzcie! – zawtórowała jej Violet.

Auberon odsłonił przesłonę i zaraz ją zamknął

- Zniknęło – powiedziała Nora.

- Zniknęło – powtórzyła Violet.

Ruchome ostrze zablokowanych mas powietrza przepłynęło niewidzialnie po trawniku, targając włosy, odwracając poły marynarek i ukazując blade spody liści. Przebiło się przez rozbitą fasadę domu, uniosło kartę z karcianego stolika, przerzuciło kartki w zeszycie z wprawkami na pięć palców. Rozkołysało frędzle szarf zawieszonych na kanapach, szarpnęło końce firanek. Jego zimny klin uniósł się na pierwsze piętro, potem na drugie, a następnie tysiące stóp w niebo, gdzie stwórca deszczu wykuł już pierwsze, tłuste krople.

- Zniknęło – odezwał się August.

free web stats

Feb. 25th, 2009

Śmierć pisarza, cz. 2

Miałem szczęście uczęszczać na trzy kursy prowadzone przez Davida na Illinois State [University] (…). Mogę jedynie powtórzyć uwagi, które inni poczynili już wcześniej odnośnie jego wielkoduszności oraz uwagi jaką poświęcał studentom i co być może ważniejsze, ich niekiedy naprawdę niedopracowanym tekstom. Był osobliwym konglomeratem niemal niedoścignionej inteligencji i autentycznego osobistego ciepła i uroku. Interesował się naszymi codziennymi życiowymi problemami, naszymi opiniami o tym czy owym, opiniami które niemal wszyscy pozostali moi nauczyciele lekceważyli. (Pamiętam jak przez mgłę nasze spotkanie w Koffee Kup w centrum Normal[11], jak siedząc nad kubkiem herbaty zauważamy, że w tym lokalu wciąż jeszcze można palić, podczas gdy mieszczące się dalej przy ulicy, Coffeehouse, przedzierzgnęło się w zdrową, wegańską kawiarnię. Żuł swój tytoń i trzymał w ręku styropianowy kubek w wiadomym celu. (…) Dyskutowaliśmy o moich wrażeniach z prowadzonych przez niego zajęć – były to ogólnoliterackie zajęcia wprowadzające – potem o Lawrensie i Hemingwayu, o tym jak różnili się stylem i jak wiedza i wyobraźnia w literaturze są ze sobą powiązane.)

Któregoś wieczoru po zajęciach okazało się, że potrzebuje żeby go podwieźć do domu. Mogło to być w marcu, podczas wiosennego semestru. Dzień był zimny i deszczowy, jak to się często zdarzało o tej porze roku w środkowym Illinois. Jego samochód był w warsztacie albo się po prostu rozkraczył, nie pamiętam dokładnie. Kiedy szliśmy w kierunku budynku parkingu, znajdującego się za Stevenson Hall, zapytał czy moglibyśmy się gdzieś zatrzymać po drodze żeby mógł kupić coś do jedzenia. Był bardzo zakłopotany faktem, że musiał o to prosić. Jego kuchnia była „doszczętnie wyczyszczona”. Pamiętam o tym, bo mówił to śmiesznym, wskazującym na skrępowanie, tonem. Zaproponowałem, że zabiorę go do supermarketu i będzie mógł kupić co będzie chciał. Była środa, a ja nie miałem do roboty niczego takiego, co nie mogłoby poczekać i byłem szczerze podekscytowany szansą rozmowy z nim. Nalegał żeby zahaczyć tylko o stację benzynową, mimo iż tłumaczyłem mu, że do normalnego sklepu jest prawie po drodze. Stanęło na stacji benzynowej. Kupił masło orzechowe i biały chleb; dla mnie – Snickersa. (…) Byłem (…) zdumiony, jak kłopotliwym było dla niego poprosić studenta, by zboczył z drogi chociaż kawałek. Wiedziałem bowiem, że każdy z nas, studentów, gotów był zrobić dla niego znacznie, znacznie więcej; był takim typem człowieka, który choć zmuszał cię byś dawał z siebie wszystko, jednocześnie sprawiał, że było ci z tym dobrze. W perspektywie czasu widzę, że oceny, które uzyskałem z trzech jego kursów były jedynymi, na które musiałem mocno zapracować. (…)

- Brian W. Budzyński

Oto jak zostałam tłumaczką: w 1998 r. kupiłam A Supposedly Fun Thing… w międzynarodowej księgarni w Rzymie; pierwszy artykuł był zagadkowy; drugi nie pozwolił mi zasnąć przez większą część nocy; cała zaś książka powaliła na kolana, jak chyba żadna inna wcześniej; razem z przyjacielem dowiedzieliśmy się, że wydawca szukał tłumacza tych artykułów; nie mieliśmy żadnego doświadczenia; poprosiliśmy, żeby pozwolili nam spróbować; pozwolili i podobało im się to, co zrobiliśmy. Od tamtego czasu przełożyłam na włoski ponad 30 książek. Niektóre z nich to eksperymentalna proza, niektóre to bestsellery, albo książki nominowane do Pulitzera, a nawet zdobywcy tej nagrody. Jednak żadna z książek, nad którymi pracowałam, nie przysporzyła mi tyle dumy co te cztery D.F.W. Żadna z nich nie była tak trudna i żadna nie oferowała tak wiele. Praca nad żadną z nich nie była w takim stopniu dyktowana miłością i sympatią.

Za każdym razem, gdy tłumaczyłam którąś z jego książek, przesyłałam mu pytania. Ociągał się z odpowiedziami i robił to niechętnie – powtarzał, że to konkretne opowiadanie nie może zostać przyzwoicie i wiernie przetłumaczone – uroniłam niejedną łzę z tego powodu – potem potrafił napisać całą stronę wyjaśnień pojedynczego zwrotu lub słowa i kończył zapewnieniem, że całkowicie ufa moim zdolnościom translatorskim – co też nieraz doprowadzało mnie do płaczu. Jeśli dobrze rozumiem powód, dla którego tak trudno pracowało mu się z tłumaczami, to nie chodziło o to, że sądził jakoby jego słowa były doskonałe i wyjątkowe i czyjaś praca nad nimi zaburzyłaby ich porządek; tym, czego najbardziej się bał, to zostać źle zrozumianym, źle zinterpretowanym lub po prostu kimś kto nie potrafi zakomunikować dokładnie tego, co chce. Innymi słowy, ponad wszystko dbał o jasność, szczerość i przejrzystość tekstu i był gotów osiągnąć to za wszelką cenę. Zawsze sądziłam, że jego pisarstwo jest dlatego tak skomplikowane i pełne niuansów, ponieważ przekazywanie myśli, obrazów i idei światu zewnętrznemu, traktował jako głęboko etyczną powinność. Nie chciał, by cokolwiek, co napisał lub powiedział, zostało zrozumiane źle – i dlatego zawsze tyle się gimnastykował by temu zapobiec. Można było niekiedy odnieść wrażenie, że jest zazdrosny o własne słowa, ale ja dostrzegam w tej postawie najwyższy wymiar dobroci.

- Martina Testa

Jedyną rzeczą jaką mogę powiedzieć o Dave’ie, to że w rzeczywistości był taki sam, jak w swoich książkach – wzburzony błyskotliwy umysł, staroświecka niemal przyzwoitość, umiejętność sprawiania, by idee intelektualne brzmiały gładko i otwarcie, by to, co skatologiczne brzmiało pięknie, a to, co nieprzyjemne – uczciwie; wrażenie, że nigdy by cię nie okłamał pokrywało się z tym jaki rzeczywiście był. A przynajmniej, był taki zawsze wtedy, gdy z nim rozmawiałem i przebywałem, co nie zdarzało się bynajmniej często, ale po tym co się stało, tym bardziej będę te wspomnienia szanował. Być może trudno w to uwierzyć, ale był równie zabawny w bezpośrednim kontakcie, co w książkach. (…)

- Tom Bissell

Byłem jego studentem w Pomona [College]. Dave Wallace często uczył w koszulce z wielkim białym rekinem. Teksty, które mu oddawałem, wracały z uwagami pisanymi w czterech różnych kolorach, co sugerowało, że czytał prace studentów przynajmniej cztery razy. (…) Jego podsumowania, starannie opatrzone przypisami (…), udoskonaliły moje własne pisanie w większym stopniu niż jakiekolwiek inne rzeczy, które czytałem –nie dlatego nawet, że zawierały przemyślane wskazówki (choć oczywiście je zawierały), lecz dlatego, że stanowiły wirtuozerskie fragmenty wysoce osobistej literatury: przejrzystej, przemyślanej i trafiającej prosto w czytelnika. Po skończeniu studiów spotykałem się czasem z Dave’em na bezcukrowej coli; doradzał mi w sprawach sercowych albo nakłaniał do kariery literackiej. (…)

- Mac Barnett

David Foster Wallace był moim nauczycielem literatury i promotorem na Illinois State University między 1993 a 1995 rokiem. Na swój oryginalny sposób był znakomitym nauczycielem, a także świetnym pisarzem, którego niekiedy irytowała własna mentalna głębia i to, że był więźniem swojej świadomości. (…) Bał się tego co wynaturzone, a jednocześnie pociągało go to. (…) Robił długie i sympatyczne przypisy, ale nie cierpiał tego, że musiał ich używać. Nienawidził faktu, że czegoś nienawidził. Opowiadał niesmaczne dowcipy o śmierci. (…) Stawiał uśmiechnięte buźki zamiast ocen. Miał tłustą cerę. Pocił się. Można go było poczuć w pomieszczeniu. Był świadom swojego zapachu. (…) W sposób szczery i jednocześnie lekceważący pytał, czy to co mówi ma sens. Pytania te były czysto retoryczne. Miał wielkie pragnienie żeby być dobrą istotą ludzka. (…) Był sportowcem. Kiedy ci się przyglądał, zastanawiał się, czy kiedyś nie grałeś już z nim w tenisa. (…) Kochał pisanie i był przez nie sprowadzony do parteru. (…) Był ogromny, a pomieszczenie, w którym przebywał napełniał językiem. Był osobą skomplikowaną i gadatliwą, i często miał rację. Popełniał błędy. Bał się wieku średniego i starzenia. Był wielkim człowiekiem, lecz starał się tą wielkość zdusić. Bał się swojego wizerunku geniusza. Uśmiechała mu się idea celebryty żyjącego w ukryciu: Pynchon, DeLillo, Dostojewski. Pijał koktajle proteinowe dla sportowców. Czytywał popularne poradniki książkowe po to żeby zarówno pomóc samemu sobie jak i przekonać się jak żałosny, sztuczny i egoistyczny stał się człowiek we współczesnej Ameryce. Mierzył się ze swoimi nałogami zawsze pojedynczo. Nigdy naprawdę nie nauczył się właściwie ubierać. Żałował czasem, że nie został filozofem. (…) Nienawidził fluoryzującego światła i odgłosów urządzeń technicznych. (…) Sądził, że naszym problemem jest nieumiejętność wyzbycia się współczesnego zwyczaju spoglądania na własną sytuację przez drapieżne oko ironii i postdekonstrukcjonistycznej analitycznej abstrakcji, spoglądania z miejsca, w którym nic nie może nas sparzyć, ale i w którym niczego nie odczuwamy. (…)

- Scott Rettberg

(…) Kilka miesięcy później, Dave był pierwszą osobą, którą poprosiliśmy o pisanie dla McSweeney’s, sądziliśmy bowiem, że bez niego nie będziemy w stanie wystartować z naszym periodykiem. Na szczęście, niemal od razu przysłał artykuł i wiedzieliśmy, że możemy rozpocząć działalność. Ponieważ od początku planowaliśmy skupić się przede wszystkim na prozie eksperymentalnej, bardzo potrzebowaliśmy wtedy jego poparcia i zachęty. On tak dalece wyprzedzał wszystkich na tym polu, że bez niego to przedsięwzięcie wydawało się beznadziejne.

Razem z pierwszym artykułem Dave przesłał czek na $250. To było wręcz absurdalne: przesłał pieniądze wraz z kontrybucją. Mimo iż był pierwszym darczyńcą pisma, chciał, by w pierwszym numerze ta wpłata widniała jako anonimowa. Miałem ogromne opory przed spieniężeniem czeku, chciałem go zatrzymać, oprawić w ramkę i patrzeć na niego.

Wiadomość, którą nam przesłał, była napisana na maszynie ośmiopunktową czcionką i przycięta tak, że nie zawierała nawet centymetra kwadratowego czystego papieru. To było jeszcze zanim zaczął korzystać z e-maila. Był późnym adeptem tej metody kontaktu. Do tego czasu zwykł był wysyłać koperty z Bloomington w Illinois, zawierające pojedynczy kawałek papieru przycięty dokładnie wokół tekstu. Ścinki zachowywał i wykorzystywał do pisania innych wiadomości. Później dostawało się od niego w kopercie wiadomości na skrawkach 10 na 20cm. I jak zawsze, każde słowo było na miejscu. (…)

- Dave Eggers

Był moim ulubieńcem. Nie miał wg mnie równego sobie wśród żyjących pisarzy. Pisaliśmy do siebie i spotykaliśmy się kilka razy. Ja przy tych okazjach jąkałam się, a moje dłonie drżały. Jego książki były dla mnie wszystkim: byłam po prostu kolejnym zawodzącym omamem[12]. Jako człowiek odznaczał się niezwykłym puryzmem. Miałam poczucie zakłopotania w jego obecności, mimo że przykładał dużą wagę do tego, by inni czuli się w jego towarzystwie swobodnie. Puryzm, o którym mówię, był dokładnie tym samym, który można było odnaleźć w jego książkach: Jeśli musimy już coś mówić, niech będą to wyłącznie rzeczy prawdziwe*. Była to podstawowa zasada jego prozy tak jak ja ją rozumiem. To ona czyniła jego książki tak dla mnie pięknymi i tak istotnymi. Jedynym wyjątkiem była ta o matematyce. Byłam zbyt głupia żeby ją zrozumieć. Któregoś dnia, wkrótce po tym jak się ukazała, David zadzwonił do mnie szczerze skruszony i powiedział: „Nie, posłuchaj… nie potrzebujesz znać więcej matematyki niż uczą w liceum, to jest wszystko czym ja dysponuję.” Był bardzo zabawny. I był prawdziwym geniuszem, co jest tak rzadkie w literaturze jak uprzejmość, którą również się odznaczał. Był mym ulubieńcem, literackim mistrzem, kochałam go i zawsze będę za nim tęsknić.

* I powiedzmy je zgodnie z zasadami gramatyki.

- Zadie Smith

Znałam go po prostu jako fajnego, trochę niechlujnego gościa, który powiedział mi „pisz o tym, na czym się znasz, nie ma w tym nic głupiego”. Uwielbiałam jego zajęcia. Był wspaniałym pisarzem i naprawdę potrafił uczyć. (…)

Na zajęcia przychodził w wielkich wełnianych skarpetkach, które nosił z sandałami i szortami. (…)

- Corinne Carlson

(…) Trochę się ociągałam, wciąż okropnie stremowana i zawstydzona przebywaniem w obecności DFW – i wtedy zobaczyłam, zaraz po tym jak wyszliśmy na zewnątrz, że nogawki jego jasnych luźnych poliestrowych spodni w stylu lat osiemdziesiątych wpuszczone są w długie białe skarpety. (…)

- Evan Lavender-Smith

Pochłaniałem jego książki, a tej zimy (…) spotkałem się z nim podczas odczytu, jaki wygłaszał w Barbara’s Bookstore w Old Town. Kiedy przyszła moja kolej podczas rundy pytań, zamarłem zdenerwowany faktem, że stoję z moim mistrzem literackim twarzą w twarz. Spytałem czy Thomas Pynchon kiedykolwiek próbował się z nim kontaktować. Wallace wydawał się nieco zaskoczony, ale odpowiedział uprzejmie, że nie.

To było nieuczciwe pytanie – uzewnętrzniłem jedynie własną czytelniczą fantazję, że lektura Infinite Jest spowoduje, że stary Tom odnajdzie w końcu bratnią duszę i triumfalnie powróci z emigracji. Wallace oczywiście nie mógł wiedzieć o moich rojeniach i żeby zachować się fair, przeprosiłem go po tym, jak podpisał dla mnie książkę. „Nie ma za co”, odpowiedział, wyprowadzając męskiego kuksańca w kierunku mojego ramienia, „Często karmiłem się nadzieją, że do mnie przekręci”. (…)

- Matt Herlihy

Jak donosi Jonathan Franzen, jego wieloletni przyjaciel, pisarz, autor wydanej w Polsce powieści Korekty, D.F.W. nie był „świętym Dave’em”:

To jest paradoks Dave’a: im bliżej z nim jesteś, tym ciemniejszy jest jego obraz, lecz jednocześnie, kochasz go bardziej szczerze. Trzeba go było znać bardzo blisko, żeby docenić jak heroiczną walkę toczył, by nie poprzestać jedynie na życiu do przodu, ale by tworzyć wspaniałą literaturę[13].

Kulisy jego śmierci, choć stanowią bolesną historię dla rodziny, przyjaciół i czytelników, nie były tak zagadkowe i skomplikowane jak pomysły Wallace’a. Któregoś wieczoru, gdy razem z żoną, Karen Green, i rodzicami jadł kolację w restauracji, dostał straszliwych bólów brzucha, które utrzymywały się potem przez wiele dni. W tym czasie mijało już 20 lat odkąd zaczął terapię Nardilem, wynalezionym w latach pięćdziesiątych lekiem antydepresyjnym. Powodował on rozmaite skutki uboczne, w tym podwyższone ciśnienie krwi i negatywną interakcję z niektórymi produktami spożywczymi. Bóle były prawdopodobnie wywołane właśnie taką interakcją z czymś, co Wallace zjadł na kolację. Zapadła decyzja, by odstawić Nardil i poszukać czegoś innego, jednak lekarze nie potrafili znaleźć żadnego leku, który potrafiłby złagodzić objawy depresji. Dzięki terapii, przez 20 lat Wallace był w stanie, przynajmniej przed niektórymi, ukryć swoją chorobę. Zawsze była czymś, czego się wstydził. Jednocześnie, dzięki lekom, które łagodziły jej skutki, mógł w ogóle pracować i funkcjonować.

Jego stan się pogarszał, lecz mimo to kontynuował pracę na uczelni i jak zwykle poświęcał się dla podopiecznych. Pisał sześciostronicowe komentarze do ich opowiadań, żartował, dodawał otuchy. Podczas dyżurów profesorskich, jeśli nie znał odpowiedzi na jakieś zagadnienie gramatyczne, potrafił, rozśmieszając tym studentów, zadzwonić do swojej matki[14], by wytłumaczyła im niejasną kwestię.

Lekarze zaordynowali terapię elektrowstrząsową i powrót do Nardilu. Wkrótce okazało się jednak, że żadne środki nie pomagają, a Wallace jest na skraju załamania. W czerwcu tego roku, jak dowiadujemy się od jego żony, próbował popełnić samobójstwo. Kiedy miesiąc później Franzen odwiedził go w jego domu, D.F.W. był wychudzony, stracił ponad trzydzieści kilo, wyglądał na przestraszonego, smutnego i nieobecnego. Mimo iż był w tak kiepskiej formie, wciąż przyjemnie było przebywać w jego towarzystwie. Podczas gdy Wallace dziękował za wizytę, Franzen, jak sam twierdzi, był mu równie wdzięczny za to, że pozwolił się odwiedzić.

Nardil, jak to się często zdarza z anty-depresantami, przestał działać po wznowieniu terapii. Wallace nie mógł spać, bał się wyjść z domu w obawie, że ktoś z jego studentów może go zobaczyć w takim stanie. Sześć tygodni po wizycie Franzena, poprosił rodziców, by przyjechali do niego do Kalifornii. Jego matka wspomina, że był zrozpaczony, cierpiał, bał się, że nie wydobrzeje.

„Obejmowaliśmy go i dodawaliśmy mu otuchy, mówiąc, że jeśli będzie się trzymał, na pewno wszystko się poprawi. Był bardzo dzielny przez długi okres czasu” [relacjonuje dalej matka Wallace’a].

Wstawali wszyscy o szóstej rano i wychodzili na spacer z psami. Oglądali Prawo ulicy na DVD, rozmawiali. Sally[15] przyrządzała ulubione potrawy Davida, ciężkie i poprawiające samopoczucie posiłki takie, jak różnego rodzaju pieczenie, zapiekanki z mięsem i jarzynami, truskawki w śmietanie. „Powtarzaliśmy mu jak bardzo się cieszymy, że go mamy”, wspomina jego matka. „Ale nawet wtedy czułam, że opuszcza ten świat. Po prostu nie mógł tego już dłużej znosić”.

W popołudnie poprzedzające ich odjazd David był bardzo zmartwiony. Matka usiadła obok niego na podłodze. „Trzymałam go tylko za ramię. Powiedział, że cieszy się, że jestem jego mamą. Odpowiedziałam, że to dla mnie zaszczyt”.

Pod koniec sierpnia zatelefonował Franzen. Przez całe lato powtarzał Davidowi, że chociaż sprawy miały się źle, to jednak zanosiło się na lepsze i na pewno wkrótce poczuje się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Dave powiadał wtedy: „Mów tak dalej – to pomaga”. Tym razem jednak nie pomagało. „Znajdował się gdzieś w innym świecie”, mówi Franzen. Kilka tygodni później Karen zostawiła Davida samego z psami na kilka godzin. Kiedy wróciła wieczorem do domu nie zastała go już żywego. David się powiesił.

„Nie mogę pozbyć się ze świadomości tego obrazu”, mówi jego siostra. „David, jego psy i ciemność. Na pewno ucałował ich pyski i powiedział, że jest mu przykro”[16].

Wszelki komentarz jest w zasadzie zbędny. Po śmierci pisarza, jego książki zaczyna się czytać niczym listy, w tym przypadku nawet jako listy samobójcze. Obecne w Infinite Jest, czy w opowiadaniu The Depressed Person, opisy depresji, widzianej oczami chorej osoby, nabierają zupełnie innego wymiaru. Artykuł Lipsky’ego rzuca też światło na to, w jak wysokim stopniu autobiograficzna i osobista jest proza Wallace’a, jak odzwierciedla rozmaite etapy jego życia. Przykład D.F.W. pokazuje, że pisanie o własnym doświadczeniu, pisanie „tego, na czym się zna” nie jest głupie. Jego wielkim osiągnięciem było to, że ze szczerości, otwartości i bezpośredniości potrafił zrobić dzieło sztuki, które zamiast narażać się na śmieszność – porusza, a zamiast wywoływać lekceważenie – skłania do intelektualnego zaangażowania. Może właśnie dzięki chorobie, którą uparcie próbował wyrugować z własnej egzystencji, naznaczone melancholią postacie D.F.W. stają się bardziej autentyczne i żywe, a wszelka ironia jawi się przede wszystkim jako autoironia.



[11] Rodzinne miasto D.F.W.

[12] Chodzi o wyrażenie „howling fantod”, które pojawia się w Infinite Jest. Prawdopodobnie znaczy ono u Wallace’a po prostu lub mniej więcej „ciarki”, najwyraźniej jednak Z.S. używa go tutaj w innym znaczeniu. W związku z tym, jakiekolwiek tłumaczenie, włącznie z niniejszym, jest w gruncie rzeczy czystą spekulacją.

[13] Cf. David Lipsky, Rolling Stone, numer z 30.10.2008, #1064; artykuł dostępny również w internecie pod adresem: http://www.rollingstone.com/news/story/23638511/the_lost_years__last_days_of_david_foster_wallace/.

[14] Profesorki języka angielskiego.

[15] Sally Wallace, matka D.F.W.

[16] Cf. David Lipsky, op. cit.




free web stats

Feb. 23rd, 2009

Śmierć pisarza, cz. 1

Pozwolę sobie dodać krótki komentarz do poniższego artykułu. Nie chciałem publikować go na blogu, ale nie mam czasu, żeby rozsyłać prośby po redakcjach. Napisałem go jakiś już czas temu i zdążył się nieco zdezaktualizować. Wydane zostało bowiem kolejne opowiadanie Wallace'a po polsku. Znajdziecie je w dwutomowej antologii opowiadań wydanej przez Wydawnictwo Zysk i S-ka:

http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2245

http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2244

Artykuł jest wyrazem mojej wielkiej fascynacji tym człowiekiem. Postarałem się wybrać najciekawsze wspomnienia o autorze ze strony McSweeney's i możliwie najwierniej je przetłumaczyć. Tekst opiera się głównie na tych właśnie wspomnieniach. Cytuję również słynny już dziś artykuł z Rolling Stone sprzed kilku numerów.

Dopiero ukazanie się książki, o której wspomniałem wyżej, zmotywowało mnie do zamieszczenia artykułu. Prawdę mówiąc znalazłem ją w księgarni dopiero dziś i jestem miło zaskoczony, że ukazuje się u nas taka literatura. Nie ukrywam, że wyszła ona spod pióra osób, z którymi czuję dość silną więź intelektualną.

Z powodu ograniczeń objętościowych Livejournala – nie pierwsze to ograniczenie tego serwisu – musiałem rozbić artykuł na dwie części

***

W ciągu ostatniego miesiąca byłem świadkiem czegoś, co nie zdarza się zbyt często we współczesnej wirtualnej rzeczywistości publikacji internetowych. Rzecz dotyczy serii informacji, które pojawiły się na stronach portali angielskojęzycznych, a w szczególności amerykańskich. Liczę jednak, że rozczarowanie ustąpi zdumieniu i szacunkowi, w miarę jak prawdziwy obraz wydarzenia i człowieka, o którym będę mówił, będzie coraz lepiej widoczny.

Jak zapewne niektórzy już wiedzą, 12 września zmarł David Foster Wallace. Żaden szanujący się serwis informacyjny ani literacki blog, nie mógł pominąć tej tragicznej dla wielu osób informacji. Ilość komentarzy, ich treść oraz wymowa dawały do myślenia.  Informacje prasowe były bardziej wyważone i obiektywne, zaś komentarze pod nimi - emocjonalne i osobiste. Niedawne śmierci znakomitych pisarzy, Sołżenicyna, Bellowa czy Vonneguta, przeszły może głośniejszym echem, lecz nie wywołały takiej lawiny intymnych wspomnień ze strony młodszych czytelników. Prawdą jest, że D.F.W. był uważany za autora młodego pokolenia. Jego sposób widzenia i poniekąd również oceny rzeczywistości, uwidoczniał się w stylu pisania i w jakiś tajemniczy sposób przemawiał do pokolenia dwudziestoparolatków.

Przejdę do rzeczy. Nie podejmę się recenzji dokonań literackich D.F.W. Powodów ku temu jest kilka. Nie da się tego zrobić w czterech tysiącach słów – powierzchowne omówienie tematu byłoby krzywdzące dla autora i wątpię czy przysporzyłoby mu czytelników, a jest to coś, czego bardzo chciałbym uniknąć; omawianie twórczości autora ośmiu kilkusetstronicowych „cegieł”[1], podczas gdy Polski Czytelnik ma do swojej dyspozycji zaledwie jedno krótkie opowiadanie[2], jest trochę nieuczciwe; nie jestem wystarczająco bystry. Być może jednak uda się przedstawić autora od strony jego charakteru, który w większym stopniu niż w książkach, ujawniał się w kontaktach z ludźmi. Chodzi o to, żeby napisać po prostu jaki był. Jestem w stanie przynajmniej wyobrazić sobie, że to mi się udaje. Przy tej okazji wypłynie na wierzch również kilka informacji o książkach Wallace’a.

Nie, nigdy nie spotkałem się z nim twarzą w twarz, nie mam więc bezpośrednich wspomnień. Jednak D.F.W. nie był mizantropem, a w pamięci tych, którzy mieli z nim jakiś kontakt zachowało się dużo informacji.

           

Miałam okazję zobaczyć Davida Fostera Wallace’a na podczas eventu Portland Arts and Lectures, około 10 lat temu. Wystąpił (…) w dyskusji panelowej na temat, co to znaczy być młodym pisarzem w Ameryce. Było to duże wydarzenie, na którym pojawiło się pewnie z 1500 osób. (…) Wszyscy na scenie i na widowni byli na tą okazję ubrani raczej elegancko, tj. wszyscy z wyjątkiem Dave’a. Przyjechał w wielkich jasnych buciorach, wytartych dżinsach i jakiejś kraciastej podkoszulce z długim rękawem. Wyglądał jak spsiały drwal.

 

Swoją książkę czytał tego wieczoru dość krótko, większość czasu poświęcona była na pytania i opowiedzi. Coś, co Dave powiedział na temat własnego zdenerwowania i niecodzienności całego wydarzenia, przypomniało mi o starej anegdocie dotyczącej Kurta Vonneguta.

 

Vonnegut wygłosił jakieś przemówienie, którym się denerwował. Sądził, że było kiepskie. Ściszonym głosem podzielił się tą myślą z gospodarzem imprezy, siedzącym obok na podwyższeniu, który zapewnił go jednak, że nie ma się czym przejmować – nikogo tak naprawdę nie obchodziło co ma do powiedzenia; wszyscy chcieli się tylko przekonać czy jest uczciwym człowiekiem.

 

Kiedy wróciłam do domu, napisałam dla Dave’a wiadomość, w której podzieliłam się z nim tą anegdotą. Przedstawiłam się i wyjaśniłam, że przed chwilą widziałam go ubranego w sposób „ostentacyjnie nieadekwatny do okazji” podczas Arts and Lectures w Portland.

 

Po kilku tygodniach Dave odpisał. Na małej, przeznaczonej do przekazywania podziękowań, pocztówce (…) napisał, że rozumie niepokój Vonneguta. „Jest aprioryczną niemożliwością być uczciwym na tych pisarskich panelach”.

 

W postscriptum życzliwie odpowiedział na mój komentarz dotyczący jego wyglądu. Napisał, „Byłem adekwatnie ubrany. Jedna pani powiedziała, że ma być nieformalnie. To pozostali byli ubrani nieadekwatnie”.

 

Biorąc pod uwagę to, ile różni ludzie chcieli, by poświęcał czasu i uwagi rozmaitym sprawom, ta krótka, szczera i zabawna wiadomość, przesłana zupełnie obcej osobie, wydała mi się czymś zaskakującym i wspaniałomyślnym. Z lektury tych notek[3] widzę, że nie było to czymś niecodziennym.

- K.B. Dixon

 

Kiedy przeczytałam A Supposedly Fun Thing I’ll Never Do Again, postanowiłam, że chcę być nim. Był taki zabawny i inteligentny. Byłam więcej niż zauroczona. Nieomal spadłam z krzesła, gdy podczas pierwszego tygodnia moich poakademickich praktyk w Boston Review dowiedziałam się, że moja współ-praktykująca towarzyszka, Chrissy, była jego studentką w Pomona College i że napisał dla niej referencje. Jaki był? Pamiętała go jako człowieka tylko pozornie nierozgarniętego. Jako faceta, który potrafił przerwać gorącą dyskusję podczas zajęć po to, żeby zaaplikować na ramię świeży plaster nikotynowy. Kiedy czasem kładł nogi na stole, można było zobaczyć przyklejone do podeszw butów zużyte plasterki.

 

Tego lata, w kościele na Harvard Square, czytał swoją książkę Oblivion. Poszłam tam wraz z Jamesem. Chrissy mieliśmy spotkać na miejscu. Znaleźliśmy miejsce gdzieś w ławce, a Chrissy wśliznęła się obok nas dopiero kilka minut po tym, jak zaczął już czytać. Zauważył ją i przerwał wpół zdania: „O, przepraszam. Właśnie zauważyłem jedną z moich studentek. Jak się masz?” Nie znałam go, ale w tym momencie nie miałam najmniejszych wątpliwości, że był dobrym nauczycielem i prawdziwie uprzejmym człowiekiem.

- Rasika Welankiwar

 

David Foster Wallace był moim nauczycielem na magisterskim kursie creative-writing na Illinois State University w 1995 roku. Miałem też okazję rozmawiać z nim w 1996 r. po premierze Infinite Jest. Jego wpływ na moje pisarstwo był ogromny. Mym ulubionym spośród jego opowiadań jest Good Old Neon, które jak żaden inny fragment prozy, wywarło na mnie ogromne wrażenie. Po jego lekturze miałem niezwykłe poczucie łączności z wszystkim, co żywe.

 

Z prozą szło mi nienajlepiej na ISU, lecz fakt, że (jako opiekunowi periodyku literackiego ISU, Druid’s Cave) podobał mu się jeden z moich wierszy, znacznie przybliżył mnie do pisania i publikowania poezji. Jego proza była czasem bardzo mroczna. Napisał najlepsze opowiadanie o depresji jakie czytałem (The Depressed Person).

 

Podczas zajęć opowiadał o uzależnieniu, o sukcesie, o tym jak może on zdusić człowieka jeśli pisze głównie dla pieniędzy i sławy. Przyniósł kiedyś wiersz Rilkego Listy do młodego poety i opowiadał o tym, jak czytelnik jest gotów przetrawić meta-literackie sztuczki, jeśli proza jest wystarczająco dobra. Sam chciał pisać w jak najlepszych celach: po to, by pobudzić prawdziwe uczucia, a nie tylko dla samej ironii i humoru. (…)

- Don Illich

 

Miałam szczęście być jedną ze studentek Davida na ISU. Był promotorem mojej pracy dyplomowej. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dzięki niemu moje życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku i bez jego wsparcia i zachęty wróciłabym do swojej starej pracy, zamiast kontynuować pisanie i nauczanie. Kiedy zaczynałam u niego studiować, byłam więcej niż onieśmielona. Jednak niemal od razu zauważyłam, że w jego osobie, będącej „kombinacją człowieka z pisarzem” było znacznie więcej człowieka, a mniej pisarza. Brzmi banalnie, jednak wtedy wydało mi się to równie krzepiące, co nieoczekiwane. Był autentyczny do bólu. I chociaż ostatnio nie byliśmy w kontakcie, jego głos wciąż brzmi w mojej głowie. Mówi, że jeśli nasza twórczość miałaby być nieoryginalna, nudna i naśladowcza, lepiej w ogóle nie pisać.

 

Pamiętam, że starał się zawsze zachowywać prywatność, ale jest jedna rzecz, którą bardzo chciałabym się podzielić, bo wywołuje uśmiech na mojej twarzy w ten smutny czas: Dave potrafił najlepiej na świecie naśladować Mary Tyler Moore, wygłaszającą swoją sławną kwestię „Oh, Mr. Grant!” z jej starego serialu. To było przezabawne, razem z załamywaniem rąk i wnoszeniem oczu ku niebu.

 

Chociaż był błyskotliwy, dobroduszny i ujmująco uprzejmy, potrafił być również piekielnie zabawny. Będę za nim bardzo tęsknić.

- Amy Havel

 

Zeszłego wieczoru, kiedy szukałam fragmentu, w którym Kate Gompert opisuje depresję[4] – a jest to jedyny fragment prozy, który uchwycił mojego własnego demona – zaczęłam łkać. Mój pies przerwał swoją niespokojną drzemkę, ułożył się na moich kolanach i zlizywał łzy z mojej twarzy. Nie mogę przestać myśleć o jego psach.

- Ellen Knowlton Wilson

 

Mr. Squishy[5] ukazał się po raz pierwszy w piątym numerze McSweeney’s jako dzieło Elizabeth Klemm. Kiedy Dave przysłał mi tekst, zażyczył sobie, by ukazał się pod autorskim pseudonimem i za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć dlaczego. Nie kwestionowałem nawet tego pomysłu, bo wcześniej publikowaliśmy już masę tekstów pod pseudonimami innych autorów i wiedziałem, że może być całkiem sporo dobrych powodów, by od czasu do czasu wydrukować coś pod innym nazwiskiem. Oczywiście chcieliśmy dokonać publikacji pod jego prawdziwym nazwiskiem, bo było opowiadanie było znakomite i należało do najdłuższych opowiadań D.F.W., jakie wpadło nam w ręce. (…)

 

To był pierwszy i jedyny [jego] tekst, jaki publikowaliśmy, który ja próbowałem redagować. (…) Jego prace, jak wszystkim wiadomo, były bardzo trudne w redagowaniu, ponieważ nie robił w ogóle błędów i potrafił przewidzieć konsekwencje wszelkich zmian o wiele trafniej niż ktokolwiek. Nie był kłótliwy, lecz po prostu miał wszystko bardzo dokładnie przemyślane od początku do końca i w gruncie rzeczy każdy przecinek był u niego na swoim miejscu.

 

Tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że udało mi się skłonić go, by rozbił kilka akapitów. (...) W naszej wymianie uwag okazało się, że nigdy się nad tym po prostu nie zastanawiał. (…) Był tego rodzaju geniuszem, którego rozumienie mechanizmów własnej prozy różniło się znacznie od rozumienia ich przez publiczność.

- Dave Eggers[6]

 

Miał na sobie szorty i T-shirt. Najwyraźniej obciął sobie też górną część skarpetki, żeby nosić w niej portfel. (…) Poszliśmy do restauracji na obiad (cheeseburger, frytki, cola – nauczył mnie co to jest darmowa dolewka; nie mamy czegoś takiego we Włoszech; w przeciwnym razie wszyscy wypijaliby całe litry darmowych napojów gazowanych) i odbyliśmy długą, miłą i pokrętną rozmowę.

 

W pewnym momencie oznajmił zawstydzony, że razem ze swoją dziewczyną założyli sobie niedawno kablówkę, przed czym przez długi czas się wzbraniał. Opowiedział mi, jak za każdym razem, gdy znalazł coś ciekawego do obejrzenia, natychmiast zaczynał się bać, że na drugim kanale może równocześnie lecieć coś znacznie ciekawszego. Dlatego nigdy nie przestawał przełączać i w rezultacie niczego naprawdę nie oglądał, co skutkowało zazwyczaj kłótnią z jego dziewczyną. (…)

- Marco Cassino

 

Dave był moim profesorem, kiedy byłem na pierwszym roku na Illinois State [University]. Było to jeszcze przed premierą Infinite Jest. Często przychodził do sali po grze w tenisa w obciętych dżinsach i bandanie. Po tym jak go naciskaliśmy wyjaśnił, że nazwisko „David Foster Wallace”[7] zostało wybrane przez agentów albo wydawców po to, żeby odróżnić go od innych Dave’ów i Davidów Wallace’ów. Wszyscy mówiliśmy na niego Dave. (…)

- Matt Lenz

 

Kiedy wyszliśmy z restauracji, przeprosił nas i podszedł do wejścia do budynku jakiejś firmy nieopodal, naprzeciwko miejsca gdzie zaparkowaliśmy.

 

Chwilę później mój kolega pochylił się do mnie i zapytał: „Dlaczego David Foster Wallace grzebie w śmieciach?” (…)

 

Dave uniósł plastikowe wieko pojemnika na śmieci i zaczął szperać. Spodziewałem się, że z budynku zaraz ktoś wyjdzie i każe mu odejść, grożąc wezwaniem policji. Po chwili przykrył z powrotem pojemnik i wrócił do nas. W ręku trzymał zużyty styropianowy kubek po jakimś daniu typu instant. W milczeniu wróciliśmy do samochodu, podczas gdy ja wraz z kolegą zastanawialiśmy się, co takiego przed chwilą się wydarzyło.

 

„Spluwaczka”, powiedział Dave, „mogę pluć w samochodzie?”

 

(…) W ten sposób dowiedzieliśmy się, że Dave Wallace, najbardziej bezpretensjonalny pisarz, jakiego spotkaliśmy, żuł tytoń. (…)

- Blase Drexler

 

·         Był niezwykle uprzejmy i dobroduszny. Obawiał się, że muzeum[8] zostanie obarczone jego osobistymi drobnymi wydatkami hotelowymi; musiałam go przekonywać, że nie zostanie. Było to coś, co mi się w nim podobało.

·         Był samoświadomy wręcz do bólu. Poprosiłam go o krótki wywiad dla UCSD-TV, uczelnianej stacji telewizyjnej, która zawsze robiła materiały z naszych imprez. Nie chciał tego robić, mimo iż zapewniałam go, że i tak nikt wywiadu nie zobaczy. W końcu zgodził się, a mi zrobiło się przykro, że go naciskałam, bo widać było z nagrania, jak bardzo niekomfortowo się z tym czuł.

·         Oboje mieliśmy psy przygarnięte ze schroniska i zgadzaliśmy się, że jest to jedyny słuszny wybór.

·         Miał towarzyszyć tego wieczoru Sharon Olds[9] i co było urocze, onieśmielała go jej sława. Myślę, że tyle samo osób co dla niej zjawiło się tam wtedy dla niego, ale on i tak traktował ją z królewską godnością. Kapela, która występowała tego wieczoru na scenie, grała dość głośno – zbyt głośno dla Sharon Olds – dlatego grzecznie wyprowadził ją na zewnątrz i dotrzymywał towarzystwa dopóki nie skończyli grać. Egoizm był mu kompletnie obcy, chociaż był taki utalentowany.

- Jennifer de la Fuente

 

Nigdy wcześniej nie próbowałam kontaktować się z pisarzami, ani żadnymi innymi znanymi ludźmi i od tamtego razu również tego nie robiłam. Nie wiem zatem jak często zdarza się otrzymać odpowiedź, on jednak był na tyle uprzejmy, że odpisał na mój list z 2006 r., który napisałam do niego po przeczytaniu opowiadania Good Old Neon w Oblivion. Było w nim wszystko to, co chciałam sama zawrzeć w mojej pracy dyplomowej, zostało jednak wyrażone znacznie precyzyjniej i ciekawiej niż miałam nadzieję zrobić to sama. Byłam zdumiona i zachwycona. Napisałam do niego, że teraz dopiero dostrzegłam, o ile mniej obiecująca była perspektywa pisania naukowego od próby przekazania pewnych pomysłów za pomocą fikcji literackiej. Zapytałam: „Czego potrzeba, by przejść od abstrakcyjnych pomysłów do konkretnych historii, które są ich obiektywizacjami, w taki sposób, żeby wzbogacić czytelnika?”

 

Namalował gwiazdki, kółka i linie na liniowanej kartce z zeszytu i odpisał, że „standardowa formułka jaką się sprzedaje na zajęciach CW” mówi, że „jeśli zaczynasz od abstrakcyjnych pomysłów, prowadzi to do tego, że bohaterowie + akcja dostarczają rusztowania, na którym zawieszasz „przesłanie”. Większość moich własnych doświadczeń potwierdza jednak to dosyć <„denerwujące” – skreślone> płytkie prawidło – a przynajmniej jest tak, że teksty, których zarodkami są „idee”, rzadko ożywają i zwykle kończą jako szkice (miałem zaledwie dwa wyjątki, oba na początku lat 90-tych).” Wyraził również wątpliwość czy jakakolwiek praca naukowa potrafi wyrazić to samo, co opowiadanie: „dobra literatura jest wartościowa o tyle, o ile potrafi mówić o rzeczach, o których nie da się mówić w żaden inny sposób.” Bardzo delikatnie obszedł się z moim złudzeniem, że piszę coś podobnego do tego, co on sam napisał. Podsumował mówiąc: „Jeśli możesz mówić o nich wprost[10] – mów, ale wątpię, żeby ostatecznie pozostały takie same”. Zakończył uśmiechniętą buźką.

 

Przypomina mi się fragment, który zakreśliłam ołówkiem w Good Old Neon w 2006 r. Chodzi mi o to, jak wiele razy narrator używa tam terminu „siła ognia” jako metafory inteligencji. Umysł jest dla niego czymś w rodzaju broni, którą ludzie mieliby zwracać przeciw sobie. To jednak umysł narratora okazuje się być w siebie wycelowanym. Tytuł wskazuje, że całe nasze życie, włączając w to życie umysłowe, jest jedynie słabym mrugającym światłem, nie prochem strzelniczym ani ogniem. Mimo to narrator poddaje się niekończącemu się wewnętrznemu monologowi, który go nachodzi. (…)

- Elizabeth Silas-Havas

 

Chciałabym uzupełnić retrospekcję Dave’a Eggersa dotyczącą kolacji, którą jedliśmy kiedyś razem z Dave’em Wallace’m. (…) Na ulicy, kiedy szliśmy do restauracji, Dave W. był wręcz nieznośnie uprzejmy – było to aż nieprzyjemne (…).

 

Pamiętam, że Dave W. miał na sobie niebieski T-shirt, pod nim białą bawełnianą koszulkę z długim rękawem, a na wierzchu – kanciastą marynarkę, którą jak wyznał, kupił w przemiłym sklepie w Bloomington. To był odpowiednik formalnego stroju dla Dave’a W. Był dość wysoki i krępy, chodził z głową lekko pochyloną, jak gdyby nie chciał przytłaczać sobą niższych osób, z którymi przyszło mu rozmawiać. Miał trądzik, tłustą cerę i nosił zarost. Pachniał Old-Spice’em.

 

Dave E. zamówił coś w rodzaju nuggetów z kurczaka. Dave W. – hamburgera z indyka i stanowczo lecz grzecznie – naprawdę, był niesłychanie uprzejmy – powiedział kelnerowi: „Znakomite, mówię tłustym drukiem, znakomite”.

- Adrienne Miller

 

Dave Wallace był moim profesorem zanim jeszcze został literackim mistrzem, promotorem i ulubionym towarzyszem popołudniowych rozmów. Kosztowało mnie wiele wysiłku, żeby opanować chęć wpasowania się w ten ciąg panegiryków (…), jednak kiedy już piszę ten tekst, poddanie się jej wydaje mi się najważniejszą rzeczą na świecie.

 

Podczas zajęć Dave obruszał się na ewentualność zwracania się do niego „profesorze”. Wolał, by był to dowolny inny zwrot (z wyjątkiem „Wallace” – które to nazwisko potrafił sobie wyobrazić jedynie jako uwidocznione na koszulce futbolowej). Na początku semestru raz powiedział o sobie „wujek Dave” i od tamtej chwili taki przydomek do niego przylgnął. W końcu który „profesor” częstowałby mnie tytoniem w samym środku wykładu o spójnikach parataktycznych? Albo wykonywał rodzaj dziwacznego tańca, gdy był zakłopotany i nie wiedział co robić? I gdy podpisywał komentarze pod naszymi pracami „Wujaszek Dave” wiedzieliśmy, że ten zwrot jest jednocześnie zabawny i szczery oraz podyktowany sympatią. (…)

- Ashley Newman

 



[1] Bibliografia publikacji książkowych D.F.W.:

§       The Broom of the System, 1987.

§       Girl With Curious Hair, 1989.

§       Signifying Rappers: Rap and Race In the Urban Present, razem z Markiem Costello, 1990.

§       Infinite Jest, 1996.

§       A Supposedly Fun Thing I’ll Never Do Again: Essays and Arguments, 1997.

§       Brief Interviews with Hideous Men, 1999.

§       Everything and More: A Compact History of Infinity (Great Discoveries), 2003.

§       Oblivion: Stories, 2004.

§       Consider the Lobster: And Other Essays, 2005.

[2] Mam na myśli opowiadanie Inkarnacje poparzonych dzieci ze zbioru Poparzone dzieci Ameryki, wyd. Znak, Kraków, 2005.

[3] Innych wspomnień o D.F.W. na stronie http://www.mcsweeneys.net.

[4] Cf. David Foster Wallace, Infinite Jest, Black Bay Books, NY 2006, s. 68 – 78.

[5] Jedno z opowiadań Wallace’a. Znajduje się w tomie Oblivion.

[6] Założyciel periodyku McSweeney’s.

[7] Foster to nazwisko panieńskie jego matki.

[8] Instytucja będąca gospodarzem imprezy, na której był zaproszonym gościem.

[9] Ur. w 1942 roku amerykańska poetka, autorka ośmiu tomów poezji.

[10] O ideach.


 

 

free web stats

Feb. 11th, 2009

Współczesny człowiek i jego mitologie w projektach Harrisa

Jednym z motywów, które skłaniają mnie do nieustannego przeszukiwania internetu są inspirujące pomysły, na które można się tam natknąć. Mam nadzieję, że nie muszę uzasadniać jak ważne jest dla każdego twórcze działanie, ekspresja, autoprezentacja. Być może słyszeliście o kobiecie, która w poszukując pracy wykupiła powierzchnię reklamową na billboardzie albo o mapach myśli, które ludzie wysyłają zamiast CV. Każdy z nas w pewnym sensie sprzedaje swój produkt. Jeśli nie nawet nie wytwarzamy w sensie fizycznym żadnego towaru na sprzedaż, to tym, co sprzedajemy jest nasza praca, która staje się składnikiem wspólnego wysiłku na rzecz jakiegoś produktu. Tak więc nie trzeba pracować w reklamie lub marketingu żeby się "sprzedawać". Dobre pomysły są jednym z najcenniejszych dóbr - zarówno w sensie finansowym jak i osobistym. Jeśli artysta tworzy dzieło sztuki i jego projekt spotyka się z dużym zainteresowaniem i odzewem ze strony ludzi już samo to sprawia, że można uznać taki projekt za udany niezależnie czy uda się na nim zarobić.

Był taki okres w moim życiu, bardzo długi zresztą, kiedy zapotrzebowanie na inspirację, na twórcze pomysły, zaspokajały dla mnie książki. Czytałem bardzo dużo awangardowej literatury, a za dziedzinę, w której z największym pożytkiem może realizować się ludzki intelekt uważałem filozofię, logikę i matematykę. Dziedziny, w których operuje się czystymi abstrakcjami. Uważałem, że jeśli rozwiążemy problemy abstrakcyjne, wówczas już nic nie powstrzyma nas przed pomyślnym wyjaśnieniem tych podstawowych, bardziej przyziemnych, ale poważnych problemów ludzkości.

Nie, nie przestałem czytać i książki są wciąż ważną częścią mojego życia, od jakiegoś czasu jednakowoż, w dużej mierze z braku tego ostatniego, zacząłem częściej przeglądać internet w poszukiwaniu ciekawostek. Jedną z nich stanowi projekt "We Feel Fine" Jonathana Harrisa, o którym pisałem parę tygodni temu. Nie jest to jedyny projekt Harrisa i można znaleźć w internecie i poza nim również inne jego prace. Na wystąpieniu dla TEDa Harris oprócz WFF przedstawia także "Yahoo! time capsule" oraz "Universe".


free web stats

Feb. 4th, 2009

Czym jest język literatury i jak go interpretujemy, cz. 2

Pisałem poprzednio o tym, jak zdaniem Davidsona nie można powiedzieć, że autor dzieła literackiego wygłaszałby pewne twierdzenia. Owszem, używa zdań twierdzących, za pomocą których w normalnej rozmowie wypowiadamy asercje, ale w literaturze zdań twierdzących nie można traktować tak samo. Dlatego powiemy, że jeśli autor wypowiada jakieś twierdzenie, wówczas co najwyżej udaje, że coś twierdzi. Można by stosując terminologię Ajdukiewicza[1] (zaczerpniętą bodaj z Husserla) powiedzieć, że zapisanemu sądowi w sensie logicznym nie towarzyszy sąd w sensie psychologicznym. Być może lekko naciągam teorię Ajdukiewicza, ale zastanówmy się chwilę nad tym. SP najłatwiej uchwycić jeśli zwrócimy uwagę na to, że może być on nieartykułowany. Podczas kiedy piszę te słowa, do pokoju zagląda mój brat. Mam w związku z tym pozytywne przekonanie, że przed chwilą ktoś zajrzał do pokoju, że osobą, która zajrzała jest mój brat, że przed chwilą zajrzał tu Marcin itd. Przekonania które nabyłem w wyniku tego zdarzenia są sądami w sensie psychologicznym. Miałem je jeszcze w momencie zanim je wyartykułowałem, a więc o nich pomyślałem i zanim je zwerbalizowałem, a więc napisałem powyżej. Tak więc SP, choć jest to akurat kwestia sporna, może pozostawać nie tylko niezwerbalizowany, lecz również niewyartykułowany.

 

Chodzi mi jednak o coś innego. Ajdukiewicz nie rozważa tej kwestii od strony tego, jak wygląda sprawa sądów w literaturze. Proces sądzenia wiąże się u niego z gotowością do uznania w danej sytuacji przez daną osobę zdania, które zawiera jakiś sąd. Na przykład Stefanowi (mnie) można przypisać w tym momencie sąd, że Lech Kaczyński jest prezydentem Polski, ponieważ jestem gotów uznać takie zdanie. Można mi też, na tej samej zasadzie, przypisać sąd negatywny, że prezydentem Polski nie jest Olek Kwaśniewski. Co jednak zrobić ze zdaniami w rodzaju „Bloom był żonaty”? Każdy, kto przeczytał Ulissesa uzna to zdanie, ale zauważy też, że zdanie to różni się nieco od zdań o Kaczyńskim, Kwaśniewskim, Bushu czy jakiejkolwiek innej realnej osobie lub przedmiocie. Na czym polega ta różnica? Być może nie ma żadnej istotnej różnicy między tymi zdaniami. Jeśli spytamy czytelnika Ulissesa czy Bloom istniał, otrzymamy odpowiedź negatywną[2]. Sąd, że Bloom istniał nie zawiera się bowiem w zdaniu „Bloom był żonaty”. Na tej samej zasadzie należałoby uznać, iż w zdaniu „Lech Kaczyński jest prezydentem Polski” nie zawiera się sąd, że Lech Kaczyński istnieje, a to już jest teza, której nie uznałby niejeden filozof.

 

Davidson zauważa, że tam, gdzie mamy do czynienia z typowymi zdaniami o faktach, wypowiadanymi w zwykłej rozmowie, brak odniesienia jakiejś nazwy sprawia, że zdanie, w którym ona występuje nie może być prawdziwe. Jeśli jakaś nazwa nie posiada odniesienia (odniesienie, desygnat, ekstensja – są to w zasadzie synonimy), to nie ma ona żadnego sensu, a zatem zdanie, w którym została użyta nie może być prawdziwe. A więc, jeśli rozmawiamy np. o polityce i podczas tej rozmowy wypowiadam zdanie, dajmy na to, „Obecny król Francji nie jest zwolennikiem wojny”, to zdanie to nie może być prawdziwe. Fałszywe nie może też być, prawdopodobnie jest po prostu bezsensowne. Furtką, jaką zostawia sobie Davidson, albo wentylem bezpieczeństwa, jest tu zastrzeżenie, że jest inaczej jeśli mówimy o postaciach literackich – wtedy nie jest już tak łatwo uprać się z semantyką nazw.

 

Jednakowoż proponuje Davidson pewną zasadę, której radzi się trzymać w każdym przypadku, kiedy podobną semantykę będziemy podawać. Zasada ta mówi, że jeśli potrafimy podać znaczenie jakiegoś zdania, nie posiadając wiedzy czy jest ono wytworem fikcji, czy mówi o faktach, to znaczy, że faktycznie znaczenie zdań nie zależy od tej wiedzy.

 

Nie zmienia to faktu, że nasza reakcja na tekst może się różnić zależnie od tego, czy bierzemy historię, którą opowiada za prawdę czy fikcję jak również od tego, czy bierzemy ją za zamierzoną jako prawdę czy zamierzoną jako fikcję. Clue wywodu Davidsona polega jednak na uchwyceniu tej prostej myśli, że zanim zaczniemy się martwić czy to, co odbieramy jest prawdą czy zmyśloną historią, musimy w ogóle rozumieć dany AMLP, dany tekst, dany ciąg pisanych lub mówionych zdań. Zrozumienie tekstu jest równoznaczne z uchwyceniem jego znaczenia.

Zmęczyłem się. Cdn. w następnym odcinku.

BONUS!!!!
Na koniec dokładam utwór, którego słuchałem pisząc. Możecie sobie odpalić do czytania.

PS. Nie po raz pierwszy stwierdzam, że dzień jest zdecydowanie za krótki. Mam nadzieję, że u Was jest lepiej i nadążacie za rzeczywistością. Trzy godziny pisałem tą notkę.

[1] Cf. Ajdukiewicz K., Język i znaczenie w: Ajdukiewicz K. Język i poznanie, Warszawa 2006, s. 146 – 149.

[2] To przy założeniu, że nie mamy do czynienia ze znarkotyzowanym i nadużywającym alkoholu mitomanem, któremu zaciera się granica pomiędzy światem fikcji i rzeczywistości.

free web stats

Feb. 1st, 2009

Brief Interviews With A Hideous Men

Film na podstawie książki mojego ulubionego pisarza jest pokazywany na festiwalu w Sundance. To chyba festiwal kina niezależnego; nie wiem zresztą, nie znam się na kinie, ale filmem jestem miło podekscytowany. Wyreżyserował go John Krasinski, miłośnik oczywiście Łolesa.

Tu znajduje się historia przedsięwzięcia i zajawka.

</ script>
free web stats

Czym jest język literatury i jak go interpretujemy, cz. 1

To poniżej to są moje notatki, które zrobiłem jak czytałem Davidsona do magisterki, ale nie wykorzystałem ich w pracy, bo wykraczały poza jej temat. Jestem wkurzony z powodu tego, że drugi raz piszę ten wstęp i nie chce mi się pisać go stylistycznie ani interpunkcyjnie ani w ogóle. Notatki są poprawione i opatrzone dygresjami, ale to jeszcze nie koniec. Ponadto wersja obecna może się jeszze zmienić jesli dojdę do wniosku, że się nie zgadzam z czymś co napisałem. Generalnie trzymam się tekstu Davidsona, ale nie wiem ostatecznie dokąd mnie własna refleksja zaprowadzi, tzn. nie wiem jakimi wnioskami skończę ten temat.
 

---


W artykule Locating Literary Language Davidson zastanawia się w nad kwestią, co się dzieje w momencie, gdy zamienimy normalny schemat triangulacji na taki, w którym występują: autor, czytelnik i ogólnie pojęta tradycja interpretacji tekstu jako odpowiednik wspólnej interlokutorom sfery zmysłowej.

 

Davidson wyróżnia trzy rodzaje intencji, które można znaleźć we wszystkich aktach mowy.

 

Pierwszy z tych typów, to takie intencje czy cele, które leżą jakby poza samą czynnością mówienia, które choć mogą być wyrażone przy pomocy słów, to w gruncie rzeczy mogą się obyć bez nich. Celem aktu językowego może być np. rozbawienie dziecka, zarobienie pieniędzy, ewokacja wolnej woli, znieczulenie negatywnych emocji. Davidson nazywa te intencje „dalszymi” lub „ukrytymi”. Uderzające jest, że każdy autentyczny akt językowy ma tego rodzaju „dalszy”, ja powiedziałbym może – pragmatyczny – cel. W  tym sensie, i cytuję tu Davidsona, język nie jest grą i nie jest celem samym w sobie.

 

Po drugie, każde wyrażenie lub napis jest wytwarzany z intencją, by miał określoną moc illokucyjną (nie jestem w tej chwili pewien czy to tak to się fachowo nazywa). A więc jest naszą intencją, że zdanie, które wypowiadamy ma być twierdzeniem, żartem, poleceniem, pytaniem, prośbą, obietnicą, obrazą itp. W przypadku niektórych wypowiedzi może być problem z przypisaniem tylko jednej takiej intencji, ale tak jest tylko wtedy gdy sobie tego życzy mówiący. Np. „do zobaczenia w lipcu” jest jednocześnie pożegnaniem, życzeniem i obietnicą.

 

Po trzecie, mówiący musi chcieć, by jego słowa były interpretowane jako posiadające określone znaczenie. Dalej będę je nazywał intencją semantyczną.

 

Intencji towarzyszących wyrażeniu językowemu może być kilka jednocześnie, jednak zawsze jest obecna co najmniej jedna intencja każdego z trzech wymienionych typów. Jeśli krzyczę „Cienki lód!” moją dalszą (pragmatyczną) intencją jest by cię ostrzec, mocą illokucyjną jest twierdzenie, natomiast intencją znaczeniową jest w tej sytuacji na przykład, że w miejscu, w kierunku którego zmierzasz pokrywa lodowa jest cienka. Oprócz podstawowych, mogą w takim komunikacie znaleźć się również intencje poboczne. Chcę na przykład uchronić ciebie od zimnej kąpieli oraz od gorączki i infekcji, a siebie przed koniecznością doglądania cię w chorobie i gotowania bulionu.

 

Może się zdarzyć, że mówca chce, by „dalsze” intencje pozostały niezrozumiałe dla odbiorcy, ale generalnie rzecz biorąc cierpimy jeśli nie udaje nam się sprawić żeby inni nas zrozumieli. W tym pierwszym przypadku, kiedy nie chcemy się wygadać, najczęściej tylko sygnalizujemy. Don Giovanni, śpiewa Zerlinie: „La ci darem la mano”. Znaczy to dosłownie „podaj mi rękę”, jednak prawdziwe intencje, te „dalsze”, pozostają ukryte. Niczym kłamca, Don Giovanni nie chce, by jego afekt wyszedł na jaw.

 

Jest oczywiste, że owe dalsze, pragmatyczne intencje mogą być równie skomplikowane, co nasze własne przekonania o stosunku środków do celu – czasem mamy te przekonania po prostu błędne i robimy/mówimy wszystko nie tak jak trzeba, ale to jest już raczej dziedzina badań psychologii, teorii decyzji itp. Nie do końca oczywisty może być jednakowoż fakt, iż intencje semantyczne bywają równie skomplikowane. Będę się w następnym przykładzie odnosił do oryginalnej wersji Troilusa i Kressydy, ponieważ w posiadanym przeze mnie przekładzie Limona i Zawistowskiego nie występuje dwuznaczność, o której powiem. Tersytes patrząc na Ajaksa wypowiada słowa ‘…whomsoever you take him to be, he is Ajax’. Słowa te są skierowane do Achillesa, który rzecze: ‘I know that, fool’. Na co Tersytes odpowiada: ‘Ay, but that fool knows not himself’. Dwuznaczności są w tym krótkim fragmencie dwie tak naprawdę. W pierwszym stwierdzeniu Tersytes nie twierdzi po prostu, że osoba, która przed nimi stoi to Ajaks, lecz że Ajaks jest tępy ponad wszelkie wyobrażenie („kloaczny”). Sąd, który wyrażają jego słowa nie jest faktycznie sądem, który on wyraża. Drugi arcyciekawy zabieg to przecinek w odpowiedzi Achillesa. Przecinek, który widzi czytelnik, ale nie słyszy go Tersytes i sądzi, że Achilles zinterpretował go prawidłowo, o czym świadczy jego odpowiedź. Tersytes sądzi że „fool” odnosi się do Ajaksa, tymczasem Achilles odnosił się naprawdę do niego.

 

Przykład z Tersytesem i Achillesem pokazuje, że czasem intencja mówiącego mija się z tym, co jakieś wyrażenie rzeczywiście, w sensie dosłownym albo wyjęte z kontekstu, mówi. Pytanie brzmi tak naprawdę czy potrafimy w każdym przypadku odróżnić to, co przekazują słowa same w sobie od tego, co ich autor chciał przekazać. Słowem, czy da radę wniknąć w prawdziwe intencje twórcy aktu językowego.

 

Czym jest pierwsze znaczenie i jak je wskazać? Każdy akt, także akt mowy lub pisma (AMLP), tworzy ciąg intencji jakie można mu przypisać, kolejność elementów tego ciągu wyznacza odległość od ostatecznej intencji – celu. I tak, ktoś porusza dłonią w celu wykonania ruchu piórem nad kartką papieru, w celu napisania swojego nazwiska, w celu podpisania czeku, w celu dokonania zapłaty itd. Jeśli stworzymy taki ciąg dotyczący AMLP, pierwszy element takiego ciągu, który wyraża intencję twórcy AMLP będzie stanowić właściwą intencją semantyczną. Ową intencję semantyczną Davidson nazywa pierwszym znaczeniem, jednak nie znaczeniem dosłownym, ponieważ jak widać z przykładu, który podałem, nie zawsze jest ono takie samo jak znaczenie dosłowne.

 

O pierwszym znaczeniu powiemy w ogóle, że jest pierwsze pod dwoma względami. Jest pierwsze w porządku intencji autora AMLP i jest podstawą dla wszelkich dalszych funkcji semantycznych lub poza-semantycznych danego wyrażenie.

 

INTERPOLACJA:

Tu należy się czytającemu krótkie wyjaśnienie, jakie funkcje Davidson uważa za semantyczne, zaś jakie za poza-semantyczne. Jedyną funkcją semantyczną będzie tu tak naprawdę znaczenie dosłowne lub (wspomniane wyżej) pierwsze znaczenie wyrażenia językowego. Nie zamierzam tłumaczyć dokładnie czym dla Davidsona jest pierwsze znaczenie i jak potrafimy je rozpoznać w procesie komunikacji, należy jednak pamiętać, że takie typy wyrażeń jak np. metafory (będę eliptycznie określał tym mianem większość tzw. figur literackich) nie mają innych znaczeń niż dosłowne. To, co  określa się, nie tylko potocznie, ale nawet w nomenklaturze naukowej mianem znaczeń ukrytych, figuratywnych, specjalnych – nie istnieje. Siła metafor opiera się na ich działaniu na sferę skojarzeniową, konotatywną, na podsuwaniu szczególnego wglądu. Siła ta opiera się oczywiście na pierwszym znaczeniu, bez niego w ogóle ciężko byłoby o jakieś spójne jej wyjaśnienie. Nie jest tak, że tego wglądu nie można w ogóle opisać, jednak nie można w terminologii Davidsona nazywać go znaczeniem. (zob. Davidson D., What Metaphors Mean, w: Davidson D., Inquiries Into Truth and Interpretation, Oxford University Press, New York 2001.)

KONIEC INTERPOLACJI


Podobnie jak intencji semantycznej, pierwsze znaczenie i jego poza-semantyczne implikacje, nie pozwalają wyznaczyć również mocy illokucyjnej AMLP. W literaturze widać to nad wyraz dobrze. H.L.A. Hart stwierdził kiedyś, że język literatury jest „zamierzonym nadużyciem”. Co jednak jest nadużywane? Kiedy kłamca wypowiada kłamstwo nie tyle nadużywa języka, co pragnie zwieść ofiarę kłamstwa. Kłamstwo polega na oszukaniu rozmówcy, na nadużyciu jego zaufania. Ofiara semantycznego oszusta rozumie doskonale słowa kłamcy, zarówno pierwsze znaczenie jak i siłę – dobry kłamca przykłada do tego szczególną uwagę –  źle jednak pojmuje jego ukryty motyw czyli intencję pragmatyczną.

 

Jak w takim razie ma się sprawa z literaturą. Zamiarem pisarza nie jest w końcu zwodzenie czytelnika co do własnych intencji. Można by z tym mocno polemizować, ale postarajmy się ograniczyć powiedzmy do warstwy fabularnej. Jakiekolwiek gry językowe, które utrudniają jej rozpoznanie, jak np. rozdział Ulissesa, którego miejscem akcji jest dom publiczny, nie ukrywają prawdziwych intencji autora. Nie jest intencją autora żeby ukryć przed czytelnikiem fabułę utworu w taki sposób, by niemożliwe stało się jej odczytanie, bo byłby to zabieg beznadziejny (u Joyce’a oczywiście da się to zrobić, choć jest to jeden z bardziej zakręconych fragmentów literatury jaki czytałem)[1].

 

Co jednak zrobić jeśli gra z czytelnikiem, gra przy użyciu języka jego znaczeń, jego funkcji skojarzeniowej, wygląda na grę dla samej gry, jak często się dziś mawia o tzw. utworach postmodernistycznych. Co jeśli czytamy Tęczę grawitacji na przykład? Odpowiedź jest prosta. Zaczynamy przypuszczać, że główną intencją pragmatyczną autora nie jest ani pouczenie nas, ani wywołanie konkretnych emocji czy skojarzeń, ani nawet opowiedzenie jakiejś historii czy co tam jeszcze można autorom imputować, lecz właśnie perfidna gra z czytelnikiem, która nie prowadzi do niczego więcej. Choć jest to może rozczarowująca dla niektórych konstatacja, trzeba dodać, że taka gra nie może obyć się bez języka, którego funkcje semantyczne pozostają bez zmian niezależnie od tego czy ktoś z nami pogrywa, czy okłamuje, czy komplementuje. Pynchon w dalszym ciągu opowiada historię, którą można streścić lub sparafrazować. Na poziomie zdań nie ma problemu z podaniem ich dosłownego znaczenia.



[1] Piszę tu cały czas o fabule, ponieważ nie chcę się zanadto oddalać od pierwszego znaczenia. Inwencja pisarzy nie zna granic tak naprawdę i istnieją utwory, które nazywa się literackimi, a w których trudno dociec niekiedy czy można w ogóle mówić o zamkniętych zdaniach, które na dodatek coś wyrażają. Mam tu na myśli utwory w rodzaju Opowieści ramowej Johna Bartha albo eksperymenty Danielewskiego. Pomińmy więc przypadki graniczne i pozostańmy przy utworach klasycznych.


free web stats
free web stats

Jan. 31st, 2009

Triangulacja Donalda Davidsona



Chciałem zrobić parę lub może tylko jeden wpis na temat literackich refleksji Donalda Davidsona, jednak wymaga to wcześniejszego wyjaśnienia innych jego poglądów, które to wyjaśnienie może posłużyć za cały wpis blogowy. A zatem więcej o literaturze i filozoficznych aspektach jej interpretacji będzie w następnym wpisie.

Na początek proponuję krótkie wprowadzenie lub – jeśli ktoś już jest obeznany z tematem – powtórkę z teorii triangulacji Davidsona. Weźmy takie dwa hasła, które można przypisać komunikatom językowym, jak intencjonalność i obiektywność. Jednym z wyzwać filozofii języka jest pokazać w jaki sposób wyrażenie może być jednocześnie intencjonalne i obiektywne. To pierwsze samo w sobie nie wymaga większych wyjaśnień. Wiadomo, kiedy coś mówimy, towarzyszy temu jakaś intencja znaczeniowa, która rzecz jasna jest nam znana. Celem jednak tego, że wypowiadamy jakieś słowa jest zazwyczaj przekazanie ich znaczenia drugiej osobie, czego warunkiem koniecznym jest zrozumienie przez tą osobę naszych słów. Nie ma z tym problemu jeśli obaj rozmówcy mają wspólny język ani nawet, gdy mówią różnymi językami, ale pochodzącymi z tej samej rodziny czy z tego samego kręgu kulturowego. Wyobraźmy sobie jednak sytuację radykalnej interpretacji. Lądujemy na oceanicznej wyspie w tropikach i napotykamy zupełnie dziki lud, który nie miał nigdy kontaktu z białym człowiekiem. Przypuśćmy, że nie zostajemy od razu zjedzeni, lecz gościnnie powitani[i], wobec czego próbujemy jakoś się nauczyć języka autochtonów.

Tu dochodzimy do kluczowej kwestii. Czy można nauczyć się obcego języka, gdy nie ma do dyspozycji żadnego tłumacza, wyłącznie na podstawie dostępnych nam wspólnie z krajowcami świadectw zmysłowych i wzajemnego obserwowania reakcji (przede wszystkim reakcji werbalnych) na te świadectwa. Teza Davidsona jest taka, że ostatecznie jest to możliwe. Więcej, jego zdaniem każdy przypadek komunikacji za pomocą znaków (choć zastanawiał się przede wszystkim nad tym jak to jest w zwykłych rozmowach między ludźmi) jest w pewnym sensie radykalną interpretacją. Dzieje się tak dlatego, ponieważ do każdej rozmowy przystępujemy z pewnym zestawem przekonań dotyczących rozmówcy i tego, w jaki sposób się z nim komunikować, i w każdej rozmowie (dzieje się to automatycznie) musimy te przekonania nieco dostosować.

Pojęcie triangulacji odnosi się do trzech rodzajów wiedzy, które wg Davidsona stanowią jako całość wiedzę obiektywną. Są to:

wiedza o sobie (znajomość własnych przekonań)

wiedza o świecie (wiedza empiryczna)

wiedza o innych (znajomość cudzych przekonań)

Zdaniem Davidsona da się na podstawie dwóch pierwszych zrekonstruować trzecią, co w praktyce oznacza wzajemne zrozumienie w komunikacji oraz, co ważne, wiedzę o tym, że się rozumiemy (zob. Wittgenstein [nie pamiętam już gdzie takie pytanie postawił i czy dokładnie w takiej fomie]: jaka jest różnica pomiędzy prawidłowym użyciem słów, a przekonaniem, że używa się ich prawidłowo?).

To co przedstawiłem to duże uproszczenie tej koncepcji. Więcej na ten temat można znaleźć w: Davidson D., Three Varieties of Knowledge w: Davidson D., Subjective, Intersubjective, Objective, Oxford University Press, 2001 oraz, w nieco innym ujęciu, w: Quine W.V.O., Słowo i przedmiot, Warszawa 1999.



[i] Jak twierdzi Kelly Slater, jego doświadczenia z Polinezyjczykami były wyłącznie przyjacielskie – są oni najszczęśliwszymi i najmilszymi ludźmi na ziemi, więc niech to będzie nieodkryta dotąd wyspa w Polinezji.

free web stats

Jan. 17th, 2009

Co czujemy?

Obejrzałem dziś wideo z pewnej konferencji, na której wystąpił Jonathan Harris, człowiek który studiował "computer science" w Princeton, programista, grafik, artysta i najwyraźniej również bardzo miła osoba - takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Bardzo podobają mi się niektóre jego projekty. Te najciekawsze wykorzystują technikę komputerową w antropologicznych by tak rzec zastosowaniach. Antropologicznych o tyle, o ile oczywiście wiedza o człowieku jest zawarta w śladach jakie zostawia po sobie w internecie. Te ślady to przede wszystkim blogi tekstowe i fotoblogi, które można, posiadając pewną wiedzę informatyczną, jakoś zestawić, zebrać do kupy i zrobić statystykę.

Statystykę czego jednak robić? Jednym z najczęściej pojawiających się na anglojęzycznych blogach zwrotów jest "I feel". Piszemy o naszych uczuciach przede wszystkim, coś, co przed erą blogów, nie miało miejsca w realnym świecie zbyt często, albo było zarezerwowane dla wybranych. Program Harrisa przeszukuje domeny blogowe pod kątem wyrażenia "I feel" i wyświetla zdania, w których wyrażenie to występuje w postaci kolorowych kropek.

Jak otworzycie już okno z tym programem (trzeba mieć oprogramowanie Java) wyświetlą wam się eliptyczne i prostokątne kolorowe kropki. Te pierwsze odpowiadają zdaniom z blogów tekstowych, a te drugie - zdjęciom razem z tekstem. Można wyświetlić zarówno zdania jak i zdjęcia, a następnie przejść do danego bloga. Można też obejrzeć statystyki uczuć, przeszukać uczucia skojarzone z płcią, datą, pogodą, wiekiem i lokalizacją. Obsługa jest względnie intuicyjna.

Jasne, że nie jest to projekt naukowy. Raczej rodzaj zabawy, ale pokazuje fajnie możliwości jakie daje technologia informatyczna i pozostaje w bliskości z tym, co jest nam wszystkim bardzo bliskie czyli z uczuciami, które wszyscy przeżywamy podobne. Czasem trochę inaczej je opisujemy - różnimy się tym co najwyżej. Każdy obrabia nieco inaczej to, co dostaje na wejściu i w rzadkich wypadkach z tego powstaje jakieś dzieło sztuki. To, co otrzymujemy w postaci kolorowych kropek na ekranie komputera jest zapośredniczone względem medium, jakim jest internetowy blog. Nie jest to wada. Tak samo jak nie było wadą behawioryzmu, że ignorował introspektywne metody Wundta. Każda metoda ma jakieś wady, ale dobre podejścia tym się charakteryzują, że rozszerzają naszą wiedzę, albo chociaż prowokują do namysłu. Nie nawijam już więcej. Trzeba to samemu obejrzeć, bo do oglądania przede wszystkim zostało pomyślane.

http://www.wefeelfine.org/index.html

Jan. 12th, 2009

Ostatni list miłosny do Davida Fostera Wallace'a...

...jak tytułuje swój tekst autorka: Just Like Heaven.




------------------------------------------------------------------------------------------

"Podczas zajęć Dave obruszał się na ewentualność zwracania się do niego „profesorze”. Wolał, by był to dowolny inny zwrot (z wyjątkiem „Wallace” – które to nazwisko potrafił sobie wyobrazić jedynie jako uwidocznione na koszulce futbolowej). Na początku semestru raz powiedział o sobie „wujek Dave” i od tamtej chwili taki przydomek do niego przylgnął. W końcu który „profesor” częstowałby mnie tytoniem w samym środku wykładu o spójnikach parataktycznych? Albo wykonywał rodzaj dziwacznego tańca, gdy był zakłopotany i nie wiedział co robić? I gdy podpisywał komentarze pod naszymi pracami „Wujaszek Dave” wiedzieliśmy, że ten zwrot jest jednocześnie zabawny i szczery oraz podyktowany sympatią".

- ze wspomnień o pisarzu, przeł. stefan_dedalus*.

----------------------
* Cf. http://www.mcsweeneys.net/dfw/memories.html.

Jan. 11th, 2009

Buźki Davida Fostera Wallace'a


A Wy, jak bardzo kochacie swojego nauczyciela? Zobaczcie co zrobiła sherlockelly. Link.



Previous 20

Advertisement

Customize